Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Za tą dużą stodołą. Pierwsza wyprawa za miasto

2017-03-05 19:17:00, komentarzy: 0

Długo łamałam się, czy podjąć wyzwanie. Trasę poza terenem zabudowanym przemierzałam w zasadzie raz i była to kursowa "wycieczka" 90 km/h do Kobierzyc. W końcu stwierdziłam, że raz kozie śmierć. Adam i Iza z Zuzią doturlali się do mojego parkingu, zainstalowali w aucie fotelik dziecięcy i wesoła grupa ruszyła w niecodziennych warunkach, bo wygodnie, samochodem. Nie zmienił się tylko sposób organizacji:

- To gdzie ja mam skręcić?

- Nooo... za tą dużą stodołą!

 

Do Skałki jechaliśmy około pół godziny. Wbrew moim obawom, nie było przymusu jazdy 90: na jednym słupku ograniczenie do 60, na drugim zaraz do 40, bo nawierzchnia nędzna. Gdy przebrzmiał łomot, Adam poradził, żebym nie urywała podwozia i jechała środkiem (o którym to sposobie już zdążyłam zapomnieć). Niespodziewanie też miałam problem z redukacją IV do III, w dodatku nie docisnęłam sprzęgła i jak szarpnęło! a do tego zgrzytnęło, jakby skrzynia biegów zamierzała się rozpruć. Nic nie zrozumiałam. W szkolnym aucie wajcha chodziła geometrycznie, tutaj jak w plastelinie.

 

Dolina Bystrzycy na początku roku. Tam musimy być razem w lutym albo w marcu. Tam oglądamy pierwsze dywany listków, zawilce i przebiśniegi, turkusowe zakola rzeki, z przerzuconymi nad nimi zwalonymi pniami, i słuchamy ptaków ukrytych w nadrzecznej dżungli. Gdy łodygi i liście są jeszcze zeschłe, zeszłoroczne, widać wszystkie cienie i kształty. Dla mnie sezon niezaczęty od Doliny Bystrzycy z Izą i jej rodziną po prostu się nie liczy.

 

Zostawiliśmy auto koło znajomego młyna i teraz zanurzyliśmy się na kilka godzin w las ciągnący się do Samotworu. Usiedliśmy na miękkiej zeszłorocznej trawie przy zakolu rzeki, a potem poszliśmy dalej, na czuja. Skakali przez rowy, przechodzili po pniach, wspierając się na kiju, i często zmieniali ścieżki, które kończyły się w trzęsawisku lub na wykopaliskach dzików. Powietrze aż drżało od  śpiewów triumfalnych: wilga ogłaszała, że just tu jest i kontroluje teren, a Zuzia i Adam darli się głośno: "Zabiłem byka, cóż to był za byk!" Piękna była wędrówka wśród kęp przebiśniegów i kępek świeżej trawki, ale oczywiście musiała skończyć się awarią. - Mój kot! Mój kot! - piszczała Zuzia, która idąc u taty na barana, zgubiła swojego pluszaka. Adam zostawił nas tedy w trawie i ruszył z powrotem. Kota upolował, ale zmarnowaliśmy godzinę. Pewnie stamtąd przyniosłam sobie trzy kleszcze, w tym jednego na policzku.

 

Adam zaproponował, że teraz on poprowadzi, bo będzie szybciej. Nie miałam nic przeciwko, zważywszy na porę powrotów z weekendu do miasta. Skrzynia biegów pod ręką Adama chodziła dobrze, a więc znowu wyszło na to, że ja po prostu za mocno szarpałam drążkiem. Za to straszne odkrycie przyszło w Kębłowicach. Doszłam do wniosku, że jadąc wtedy do Skałki, wyprzedziłam rowerzystę na przejściu dla pieszych. Nie popatrzyłam na znaki, ale uparłam się wyprzedzać. A gdyby ktoś nagle wyszedł na drogę? Po tym odkryciu wieczór miałam zepsuty.

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW