Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Wyprawa świętojańska

2013-06-24 12:54:29, komentarzy: 0

Tym razem zacznę od motta:

"Mosze przychodzi do rabina pomarudzić na warunki mieszkaniowe. Żona, dzieci, synowe, zięciowie, wnuki - hałas, ścisk, rwetes. Nie daje się wytrzymać. Na to mądry stary rabin mówi: Mosze, ty kup sobie kozę. Mosze zdziwiony, ale przecież rabin mądry i słuchać go trzeba. Mosze kupuje kozę, po tygodniu przychodzi kompletnie załamany. Cóżeś mi doradził rebe, żona, dzieci, synowe, zięciowie, wnuki - hałas, ścisk, rwetes. A jeszcze koza beczy, śmierdzi, wszystko zżera, katastrofa, totalne pobojowisko. Rabin: Mosze, ty sprzedaj kozę. Mosze kozę sprzedaje, wraca rozanielony. Rabbi, ty jesteś genialny! - mówi. Dlaczego? - pyta rabbi. Mosze: Kozy nie ma, W domu sielanka - cisza, spokój, mnóstwo miejsca, wreszcie jesteśmy tu szczęśliwi!

 

*

 

Nasza całoniedzielna - jak było planowane - wycieczka rozpoczęła się o 18.40 (osiemnastej czterdzieści) pod kościołem na Klecinie. Akurat wtedy, gdy nadeszły ciemne burzowe chmury. Wydawało nam się jednak, że mamy dość czasu, by obejrzeć okolice Węzła Bielańskiego, czyli rozjazdu A4 Kraków - Zgorzelec i innych ważnych dróg krajowych, przelecieć przez wioski i jakimś mostkiem wrócić do Wrocławia.

 

Z początku jeszcze było jako-tako. Nawet spotkaliśmy po drodze pana siedzącego na przydrożnej czereśni, który zbierał witaminy dla swej żony w zaawansowanej ciąży (stała ona pod drzewem). W Zabrodziu lunęło. Pół godziny cennego czasu spędziliśmy nad jakimś stawem, pod drzewem, na którym widniały resztki tabliczki: "ob... monit...". Po czem ruszyliśmy w stronę wsi o nazwie Gądów. Przed nami rozpostarł się widok na siny masyw Ślęży, Góry Sowie i Chełmiec. A na wschodzie - tęcza!

 

Za pierwszym wiaduktem na A8 stanęliśmy bezradnie. Byliśmy tylko kilka km od miasta, ale wbrew pozorom właśnie tam najutrudniej jest się poruszać. Wszystko przez autostrady A4 i A8, które pocięły i przecięły sieć lokalnych dróg, i teraz kiedy nie zna się lokalizacji kolejnych wiaduktów, nie można przedostać się z jednej wioski do drugiej. - Bez sensu - stwierdziłam. - A czy wszystko musi mieć sens? - zapytała wesoło Iza, nie przeczuwając jednakowoż, co nas jeszcze czeka.

 

Teraz na temat kozy

 

Właśnie wtedy Adam zaplanował skrót jakąś boczną drogą. Łagodna żwirowa droga przeszła rychło w piaczystą, ta - w gąszcz pokrzyw, a gąszcz pokrzyw - w pole zielonej jeszcze pszenicy.  Zaryliśmy się dokumentnie. - Adam, nie idę dalej! - jęknęła Iza - tu nie ma żadnej drogi. - Jest! - widzę ludzi przed nami. No i faktycznie po 500 metrach stanęliśmy na drodze gruntowej, a widok na północ wydał się bardzo znajomy. Wróciliśmy do punktu, z którego wydostaliśmy się godzinę wcześniej. - To jest ta droga, którą mieliśmy jechać wcześniej, tylko się tobie nie podobała - uśmiechnął się Adam - ale po tym polu pszenicy już ci się podoba! I to była prawda: pokłute i brudne, z zielskiem między szprychami rowerów, teraz już byłyśmy zadowolone, że jesteśmy na jakiejkolwiek drodze.

 

Rabin też doradzał kupno kozy. O, tak.

 

Zaginione precjozum

 

Tak oto znaleźliśmy się w Nowej Wsi Wrocławskiej i wydało się, że już wyjechaliśmy na prostą. Tymczasem - wręcz przeciwnie - nastąpiła katastrofa. - Zgubiliśmy gałkę od dyszla! Dyszel mocuje przyczepkę z Zuzią do roweru Adama. Nietypowa gałka, nietypowa śruba, droga zamknięta nitką A4, i świrnięta grupa - to wszystko sprawiało, że czekał nas powrót po ciemku pieszo i dookoła miasta, no bo ciągnąć przyczepki się nie dało, a nikt z nas nie wiedział, gdzie jest najbliższy most. Adam warknął z cicha, porwał rower Izy i popędził szukać gałki na bruku i w łanie zbóż. Zuzia biegała po drodze typu kocie łby i szarpała bramę sąsiedniego domu, a Iza próbowała pozbawić rower  Adama jeszcze jednej śruby, po to, żeby wsadzić ją do dyszla. Ale nic nie pasowało. Adam wrócił: wściekły, bo bez śruby, domny z siebie, bo znalazł okulary, które mu najwyraźniej po drodze wypadły na bruk (wyglądały, jakby przejechał po nich rower: były wygięte w łuk, mimo to Adam, właściciel kilku par okularów, uparł się założyć właśnie te). Zastał nas konferujące z właścicielem pobliskiej chałupy. Właściel gospodarstwa pochylił się właśnie z troską nad dyszlem i począł dopasowywać doń swoje własne śruby.  Katastrofa! Pomysłowy producent przyczepki zaprojektował ją tak, że nie pasowało nic, co pochodzi z niefirmowego sklepu. Pozostało wzywać mechanika samochodowego, który mieszkał obok.

 

Przyglądała się nam Zuzia, która  była zaniepokojona, lecz mimo wszystko (ona jedna) nie straciła dobrego humoru. Przysunęła się do pana, który nam pomagał, i szybko oceniła, że jest on miły i bardzo lubi dzieci. Podsunęła mu pod nos kawałek kiełbasy, którą właśnie jadła. - Ugryzies? - zapytała życzliwie. Niestety, pan ją zignorował. Adam zaś zamotał wokół dyszla jakiś pasek, wcisnął do otworu po śrubie jakąś chytrą śrubę z nakrętką, którą po namyśle wydobył z czeluści swojego słynnego pudełka na narzędzia, i zawróciliśmy w stronę miasta. No, niestety. Owe 40 minut przed zachodem słońca, które tu spędziliśmy, to była poważna strata i dalsze plany wzięły w łeb.

 

Ukradziony środek jezdni

 

Dobry humor odzyskaliśmy nadspodziewanie szybko. Jechaliśmy teraz wprawdzie wzdłuż autostrady, więc szumiało i wiało spalinami, no ale rowery jechały, a przyczepka z nimi. Adam zaproponował więc, żebyśmy nie jechali prosto do miasta, tylko "o tam, dalej, za lasem sobie zakręcimy, a wtedy..." Opierałyśmy się temu pomysłowi, bo było już koło 21, ale w końcu ruszyłyśmy przez pole. Za lasem nie było oczywiście żadnej drogi, to znaczy była (ktoś wyciął z niej... linię przerywaną - po co asfalt, rozumiem, ale po co komuś sama linia przerywana???), ale wcale nie prowadziła do Wrocławia. Prowadziła do drogi głównej, którą o tej proze na pewno nie mogliśmy jechać. Piękny, pomarańczowy blask słońca gasł szybko i na wschodzie  ukazał się księżyc w pełni - księżyc jak bania. Nie będę opisywać paniki w obozie. Obwiesiliśmy się i okleili wszelkimi odblaskami i lampkami, i ruszyli do domu. Do domu - ale ze względu na autostrady, która nas oddzielały od Wrocławia, zastosowaliśmy rozwiązanie w rodzaju: "Z Rzeszowa do Krakowa przez Lublin".

 

O trupie w studzience, na dobranoc

 

Już nie podam dokładnie, ile kilometrów liczył sobie promień koła, jakie zakreśliliśmy. Zapewniam, że ciemne rowy przy drodze i pędzące autokary międzynarodowe (kierunek do Kłodzka) kazały uciekać jak najszybciej.   Kościółków i cmentarzyków już, oczywiście, nie obejrzeliśmy (a za murem widać było groby kresowian, tak bliskich naszym sercom). Adam wciąż powtarzał, że jesteśmy bliżej Wrocławia, a Iza wciąż zauważała, że wieżowiec o urodzie śmietnika, czyli Sky Tower, jest jakby coraz dalej na północ... W Domanicach  zaproponował, by do Bielan  dojechać po torach kolejowych (nieczynna dla osobówek trasa do Sobótki), bo to "absolutnie bezpieczne", ale sądząc z tego, jak wyślizgane były szyny, niewykluczone, że trzeba by było uciekać po omacku przed jakimś pociągiem towarowym. 

 

Pod rzeczonym kościołem na Klecinie stanęliśmy o 22.30. Czerwone, ceglane mury wyglądały tajemniczo w srebrnym świetle księżyca. Cicho było i pusto, pachniał jaśmin. Miło było, bezpiecznie, więc ucięliśmy sobie pogawędkę. Dowiedziałam się, że parę metrów dalej, na dnie studzienki kanalizacyjnej znaleziono jakiegoś pana, który zaginął 12 lat temu. Rozstaliśmy się w dobrych humorach, obiecując sobie kontynuację za tydzień.  

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW