Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Wąwóz bez Siedmicy to Lipa

2015-08-20 12:41:55, komentarzy: 0

Pan w ubogim sklepie w Mysłowie ucieszył się, że w Góry Kaczawskie w końcu zajrzała trójka turystów. Mówił, że gmina nie dba zupełnie o infrastrukturę i góry stoją puste i zapomniane. Gdyby chociaż wieża widokowa... 

 

Iza i Paweł oglądali zza gęstej siatki pałac, który kiedyś był własnością uniwersytetu, i jedno, i drugie odbyło w nim słynne kolonie letnie. W latach 90. zadłużona uczelnia sprzedała ośrodek i teraz juz nikt nie ma z niego nic: budynek popada w ruinę, a ogród zarasta gęsta dzika zieleń. Nie zmieniła się sama wieś - kościółek na wzgórzu i sklep, który pozostał w tym samym miejscu.


W Górach Kaczawskich już jesień. Południowe stoki pokrywa czerwień buków. Trawy i krzaki są spalone słońcem, przypominając prerię, i chrzęszczą trącone podeszwą buta. Cisza w nich panuje. Pochyłe stoki przypominające Beskid Niski schodzą do drogi jeleniogórskiej, którą z rzadka przesuwa się PKS albo furgonetka. To raczej teren rowerowy, ale linie kolejowe - via Bolków i via Wojcieszów i inne - zlikwidowano tak konsekwentnie, że nawet nie ma jak dowieźć dwukołowca. Zresztą, Paweł nie lubi rowerowania i zarządził 25 kilometrów na nogach. 


Słońce grzało, ale to już nie była letnia duchota i było prawdziwie "wrześniowo". Przystanęliśmy we wsi Lipa. Tam śliczny ryneczek wśród domów o odmalowanych frontach i gospodarstwo edukacji ekologicznej (cokolwiek to jest, jest to estetyczne), dalej na stoku camping w pionierskich warunkach - ciekawe, że jednak ludziom chce się dalej wypoczywać pod byle czym, leżąc na byle czym. Za campingiem spięliśmy się na wzgórze, zahaczając po drodze o nieczynną sztolnię. Oczywiście, historyk oraz geolog - amator musieli zajrzeć przez kratę do środka, by za pomocą kawałka drewna zmierzyć głębokość w spadanio-sekundach, a ja musiałam to sfotografować. 


Po  drodze jeszcze jedna wieś. Smutek strasznego pijaństwa widoczny na każdym kroku. Zjedliśmy lody i poszliśmy w góry, zrywając po drodze z gałęzi zielone, niedojrzałe gruszki.


W wąwozie Lipy już prawie nie było wody. Piętrzyły się nad korytem stoki, zalane cętkowanym światłem popołudnia, i formacje skalne. Jeszcze tam zachowała się zieleń liści i kiedy patrzyłam z góry, myślałam, że to miesiąc maj. Ale za wąwozem znowu czekała nas preria, na środku której pysznił się ośrodek jazdy konnej. Dziki Zachód, nic dodać, nic ująć.

 

Wąwóz Siedmicy przypomniał mi natomiast Amazonię. Nie szło się przez niego - tam ryło się korytarze w splątanym gąszczu, pokonywało całym ciężarem ciała zwalone pnie dębów, przeskakiwało przez odnogi strumieni i szukało bystrym wzrokiem dalszego biegu ścieżki. Pod nogami plącza, pnącza, wykroty i kamienie. Wystarczyłby jeden nieostrożny krok i wlokłabym się dalej ze skręconą kostką. Szlak szaleńczo wił się między drzewami, przeskakując z brzegu na drugi brzeg. Ciemnozielony cień schodził powoli z góry. Pustka. Raz słyszałam echo ludzi przebywających na drugim brzegu, potem znowu panowała cisza. Ściany skalne ustąpiły miejsca w miarę regularnej ścieżynce, przy której leżał kamień pamiątkowy ku czci jakiegoś Helmuta zmarłego w 1875 roku (?). Zauważyłam też resztki dawnej barierki oddzielającej szlak od koryta. 


Kiedy wyszliśmy na jaworską szosę, mimo wszystko poczułam ulgę. Teoretycznie mieliśmy w planach trzeci wąwóz, w okolicach wsi Grobla, ale było już za późno, i trasa została skrócona. Szosą, a potem polami wzdłuż szpaleru drzew ruszyliśmy prędko w stronę Jawora. Spotkaliśmy po drodze jakąś nordicwalkingową panią, która dowiedziawszy się, ile mamy za sobą kilometrów, zaproponowała podwiezienie z Myśliborza do Jawora. Pani przeminęła z wiatrem, a dołączyło do nas stado kóz i owiec, którym bardzo nudziło się na spalonej słońcem łące. Kozy te, mecząc w niebogłosy, opuściły pastwisko i ruszyły na rozbój tam, gdzie jeszcze ostała się zieleń.


Paweł miał dość naszego dreptania i ruszył z kopyta, aż wsiąkł w linię horyzontu. Spotkałyśmy go siedzącego u wylotu szlaku na Organy Myśliborskie. Te skałki też już trzeba było odłożyć na potem. Przed samym Jaworem, ku wielkiemu zaskoczeniu, odkryliśmy nowiutki trakt pieszorowerowy łączący Jawor z Myśliborzem. Tym to szlakiem można było już spokojnie dojść do miasta. Kilka lat temu, bodaj we wrześniu 2009, jechaliśmy szosą główną i nie było to miłe.


Góry Kaczawskie są dobre wczesną wiosną albo jesienią, kiedy wszelkie ziele schnie i nie klei się do nóg. To wtedy najlepiej ogląda się pałace i kościoły, ogląda domy, skałki i koryta rzek. Nad masywem, daleko widać pasmo Karkonoszy i inne pasma Sudetów. Mam wielką nadzieję, że na zakończenie lata uda się zrobić trasę w północnej części Kaczawskich, między Jaworem a Złotoryją. Jeżeli tylko uda się pogodzić wielkie plany z nikłą ofertą kolei lokalnych.   

 

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW