Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Walka o stołek

2014-11-07 21:32:48, komentarzy: 0

Razem z nami z pociągu wyskoczyła sprężyna. Często, siedząc na stacjach, przyglądam się podwoziom wagonów i teraz byłam pewna, że to jakiś element ETZ-u (tam są takie, widziałam). Ale tym razem na peronie Adam stał z moim rowerem w ramionach, a właściwie, trzymając bezradnie siodełko, które oderwało się od roweru, a rower opadł na peron.


Akurat udało nam się zmobilizować na dłuższą rowerówkę, i tym razem to ja musiałam stać się przyczyną opóźnienia. Adam powątpiewał, czy uda się naprawić to siodło, ale usiadł na stacji i z wzrokiem utkwionym w metalową końcówkę jął myśleć jak mędrzec z leśnej chatki. Przez 40 minut wyjmował sztycę z tunelu, podważał ją, szarpał obcęgami, a przez kolejne 10 łączył części na nowo. Iza i ja z nudów obserwowałyśmy pociągi wjeżdżające na stację w Mietkowie. „O jak dziarsko wjeżdża!”, powiedziała Iza w stronę osobowego ze Szklarskiej Poręby. „E, chyba pomylił drogę?”, stwierdziłyśmy na widok towarowego Cargo, który wycofał się z toru i ruszył pod prąd. Takie to ekspresy przemiarzają trasę z Wrocławia do Jeleniej Góry. Mają też nowoczesne, nadane przez kolejowych kibiców, nazwy. "Pędzi doliną", "Pędzi linią" i ordynarna, lecz niestety, najbardziej oddająca obiecanki nazwa, "Pier... lino". Jak człowiek jest przygwożdżony do miejsca, to nawet lokomotywy przesuwające się przed oczami nabierają w jego oczach niepowtarzalnych, niemal ludzkich cech.  


Adam wreszcie przytwierdził siodełko do ramy. Ufff! Niestety, sprężyny amortyzującej włożyć się na powrót nie dało. A może od początku w ogóle nie była potrzebna???


Trochę nas zirytowała przerwa w podróży, bo dzień był akurat ładny, bardzo ciepły, a teraz do zmroku zostały tylko 4 godziny. Ruszyliśmy ze stacji w stronę Garncarska. Mijały nas sznury motocyklistów, a także, samochodem, mój sąsiad, który zatrąbił triumfalnie w rytm jakiegoś marsza.


W czasie tej wycieczki nie było żadnego odpoczynku. To pierwszy taki przypadek od lat. Zdążyliśmy tylko spenetrować jakąś dżunglę, w poszukiwaniu poniemieckiego grobowca (bez skutku, to jest jednak trasa na listopad). Słońce kolorowało już zielone wciąż zbocza Ślęzy na rudawo, gdy znaleźliśmy się na szosie do Świdnicy.

Zapadła głucha noc. Słabe światełka migały na czarnym asfalcie (moja lampka przednia starczyła na 15 minut). Kiedy wybiła godzina odjazdu szynobusu, przestaliśmy się spieszyć. Chodnikami wjechaliśmy do Świdnicy, kupiliśmy jedzenie i szarpiąc łapczywie chleb zębami, prowadziliśmy kierownice roweru. Tu niestety przyczepka Zuzi była łaskawa odmówić posłuszeństwa. Nie pamiętam, o co poszło tym razem, ale Adam klął straszliwie. Za pomocą kabla udało się doprowadzić ją wreszcie do stacji kolejowej.


Świdnicki dworzec został odnowiony, dokumentnie, do tego stopnia, że poczuliśmy się tam jak w kościele. Iza weszła do poczekalni i nawet nie zauważyła, że ściszyła głos i odzywa się szeptem.

Pociąg się spóźnił, ale w Jaworzynie i tak przyszło nam jeszcze czekać na przesiadkę. Zrobiło się bardzo zimno, w dodatku pomyliliśmy peron i jakiś senny jegomość, który dumał na ławeczce, wysłał nas na właściwy. Adam tracił cierpliwość i patrząc na szynobus odstawiony na bocznicę, z wygaszonymi światłami, zastanawiał się, czy on i mała córeczka Zuzia mogliby uprowadzić ten pojazd. Skończyło się podróżą ETZ-em, w przedziale bagażowym zaopatrzonym w zapasowy zaczep do wagonu o wyglądzie kotwicy do kutra i w urnę wyborczą, to jest niewiadomego zastosowania skrzynię pod oknem, która przypomina pudło do wrzucania głosów.

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW