Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Wagary 2014

2014-06-23 12:34:14, komentarzy: 0

Na ławce pod murem miejskim w Świebodzicach prezentował się wielki napis sprayem: WAGARY 2014, a w ten to napis wcelowane było oko groźnej kamery. Kamerę zamontowano u szczytu tarasu obronnego. Główka kamery wodziła za nami wzrokiem jak jaki kosmita pilnujący swego statku.

 

Jak na wagary, pogoda była okropna. Dość długo kręciliśmy się bez celu po mieście, szukając czerwonego,

szlaku w stronę Książa. Pogoda byle jaka, jadło z przydrożnego sklepu mdłe i byle jakie, widok na skwerze byle jaki, bo z pomnikiem umiłowanego papieża Jana Pawła II (jak wiadomo, nie cierpię motywów i twórczości na tematy janopawłowe).

 

Trochę cieplej było w lesie. Okazało się przy okazji, że wycieczkę rowerową odbywać będziemy pieszo. Nie obliczyłam tego dokładnie, ale przez większą część tej niedzielnej trasy pchaliśmy nasze rowery pod górę, albo wręcz ściągaliśmy ręcznie na dół, bo na żwirze można było wywinąć orła.Taką też wyrypiastą drogą dotarliśmy do zamku Książ.

 

Było już koło 15. Drogę zawalały autokary na rejestrcjach warszawskich, wałbrzyskie BMW oraz pijani panowie ze zgrzewkami piwa. Na szczęścietrafiliśmy tam porę, gdy towarzystwo zmotoryzowane powoli wycofywało się z okolic obiektu. Doszliśmy do wniosku, że 8 zł za obejrzenie koni w stajni to przesada, i Iza wlazła do jakiegoś przedsionka, gdzie przez okno stajenne zrobiła zdjęcie koniom za darmo. Wtedy udaliśmy się na dziedziniec zamku, żeby zjeść drugie śniadanie. Tam się okazało, że wejscie na tarasy kosztuje kolejne 10 zł, i tutaj poradziliśmy sobie, robiąc sztuki z aparatem, że wyszły nam zdjęcia nie gorsze niż tym, którzy zapłacili, bo uwierzyli.

 

 - Bycie pariasem ma swoje plusy i minusy -  powiedziała Iza, wyjmując z plecaka podełko po lodach napełnione ryżem z jakimś wsadem. Ja wyjęłam sałatkę z jajek i przegryzając ją surową parówką, przyglądałam się harcom Zuzi na trawniku. W pobliżu zamku kręciło się jeszcze sporo osób z małymi dziećmi.Podbiegł tam do niej jakiś maluszek, na oko 3-letni. - Jeśtem Igoł - przedstawił się i podał jej rączkę, a potem prznyniósł jej stokrotkę: "Maś katek". Zaczęli galopować po trawie, ale skończyło się wielkim płaczem (Igoła) "Oddaj mi kijka!".

 

Towarzystwo w ogóle było różnorodne i ciekawe. Siedział niedaleko od nas samotnie na ławeczce staroświecko wyglądający pan w kraciastym ubiorze, jak jaki Anglik, i oglądał czarno-białe fotografie. I samotny, sympatyczny Azjata o wyglądzie grzecznego pracusia. I jakiś inteligent w ogromnych okularach, który miał stację nadawczo-odbiorczą w uszach (gadał ni to do siebie, ni to do komórki???) i wyglądał jak stary detektyw.

 

Ale zejść ze wzgórza zamkowego już nie było tak łatwo. Szlak zawiódł nas do ostrego zjazdu, więc trzeba było schodzić tak, żeby nie upaść na zęby. Nic nie wyszło z wycieczki do Wąwozu Szczawnika, którą bardzo chcieliśmy powtórzyć po 7 latach. Już już skręcaliśmy na szlak w stronę wąwozu i nagle Adam wywalił się na prostej drodze. Zdradziecki żwir uniemożliwiał bezpieczną jazdę. Daliśmy sobie spokój z tym Szczawnikiem, bo obawialiśmy się, że przy takim świetle, jakie było tego dnia, wylądujemy w rzece.

 

Do zamku Cisy też już nie chcieliśmy cisnąć. Wystarczyła przeprawa przez zdradziecką kipiel. Ta kipiel wygląda bardzo niewinnie. Jest to przejazd przez śmierdzącą, czerwoną strugę. Bród jest wyłożony betonowymi płytami, ale takimi, że wodę głęboką na kilka cm trzeba pokonywać, będąc bardzo skoncentrowanym: ani jednego ruchu w bok, kierownica sztywna i... pełen rozpęd. Jużeśmy kiedyś tego dokonali.

 

Po drugiej stronie rzeki czekał nas kolejny wyryp pod górę. Nie, na rowerach tego dnia nie było nam dane pojeździć. W końcu dotarliśmy na łąkę, gdzie przed 7 laty pożegnaliśmy się z Gabrielem. Każdy poszedł w swoją stronę, Iza z aparatem fotograficznym, Adam z dyktafonem (znowu nadawał do swojej niewidzialnej,

multimedialnej mapy) i Zuzia napomniała mnie: "Ty się nie pilnujesz mojej mamusi i mojego tatusia!".

 

Światło przesiane przez czarne chmury oblewało Chełmiec, Trójgarb i pasmo Czarnego Lasu. Iza przypomniała, że w tych okolicach mieszkał jakiś czas Karol May i jego opisy wypraw pokrywają się z realiami wałbrzyskimi. Topografia dróg, lasów, zakrętów.  No to z pewnością tam, gdzie przeciągaliśmy rowery przez śmierdzącą wodę, May musiał umieścić akcję przeprawy dyliżansu przez dziką, wiosenną, rozhukaną rzekę!

 

Zjechaliśmy do wioski o nazwie Struga. Wśró podupadłych domów sznurek z suszącym się przyodziewkiem, samotny samochód, kierowca cicho a nieufnie zaczajony za drzewem. Po prostu Wałbrzych. Zwiedzilśmy cmentarzyk, obfociliśmy pałac i zjechaliśmy do Szczawna. Na nowiutkim skryżowaniu (ludzie! ścieżki rowerowe w Wałbrzychu!) Iza z Adamem pożarli się o kierunek jazdy. Wałbrzych jest takie miasto, że bardziej opłaca się jechać na około, bo linia kolejowa wije się jak ciało padalca i jazda prosta drogą, do centrum miasta, wcale nie oznacza, że się trafi na stację kolejową. Pojechaliśmy przez Szczawno-Zdrój. Jeszcze po drodze Iza zapytała jakichś młodzieńców, którędy do stacji Wałbrzych Miasto. - "Na pierwszych światłach w lewo i daleeeko, daleeek..." - tu urwał, bo zobaczył panikę w oczach Izy - "i będzie góra i wtedy zobaczycie".

 

To była góra. Piaskowa Góra. Tylko że Piaskowa Góra to jest całe osiedle. Całe blokowisko. I zanim dopchaliśmy rowery na szczyt.....  Czułam już tętno w skroni, słony smak w ustach i miałam wizję odsiadki na pustej stacji. Puściliśmy się pędem ze szczytu Piaskowej. Niedaleko od celu usłyszeliśmy dzwonki opuszczanych szlabanów. Dogalopowaliśmy do szlabanu. O, w mordę! Rozjazd szeroki, więc nie przebiegniesz, pociąg nadjeżdża, a po drugiej stronie torów stoi na stacji sokista i patrzy dokładnie na nas.

 

Tak. Na pustym peronie stał ponury drab w czarnym uniformie, odblaskowej kamizelce i czuwał, żeby nikt nie prześlizgnął się pod ramieniem szlabanu. Nie tracąc ani chwili, Adam zaczął rozmontowywać swój pojazd, tj. odczepił przyczepkę Zuzi od roweru. Dzwoniłam zębami: "Adam, ja nie mam kasy, żeby za 400 zł przebiec pod szlabanem!". Adam milczał i jak tylko szynobus z napisem WROCŁAW GŁÓWNY (a jednak! bolesny jęk z wielu gardeł!) przejechał, a szlaban podniesiono, pognaliśmy na ukos do peronu.

 

Jak mijałam rogatkę, w szumie wiatru usłyszałam tylko dziwne klepanie. Adam nam objaśnił już w pociągu. To ludzie zgromadzeni na przejeździe bili nam brawo za sprawną, skutecznie zorganizowaną akcję.

 

 

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW