Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Egzamin na B. III W dobrych zawodach wystąpiłam, bieg ukończyłam... A wymusiłam!

2016-10-24 16:58:21, komentarzy: 2

Wieczorem był płacz, a  rankiem okrzyki radości. W niedzielę wieczorem na myśl o jazdach i kursie czułam chorobę morską. "Jak znów obleję, koniec egzaminów i zacznę jeździć bez prawka!" W końcu napisałam list do Boga, że do mojej wiary w Niego ostatnio bardzo potrzebuję ewidentnego zwycięstwa. Było tego dnia czytanie „w dobrych zawodach wystąpiłem”. O dziwo, spałam bardzo dobrze. W poniedziałek rano stwierdziłam, że dzisiaj nie dam się oblać, nie dam! i koniec, będę walczyć do ostatniej chwili.


Przyszła niewytłumaczalna pewność. "Dzisiaj zdam" - myślałam z trwogą, bo nijak nie mogłam przekonać samej siebie, widząc, co wyrabiam. Przyszedł sms: "Vis et honor! Dzisiaj nie idziesz po śmierć, ale po zwycięstwo!" - uroczyście obwieścił Aqq.


Od 10 miałam jeszcze 2 godziny jazd z moim instruktorem. Była to seria strasznych błędów: na jakiejś drodze chciałam pojechać pod prąd, na placu najpierw walnęłam w tylny słupek, potem zatrzymałam się za daleko od niego i kierownik z kolega kiwali głowami, potem zepsułam "górkę" (ruszyłam na niespuszczonym do końca ręcznym), w końcu  najechałam na wysepkę. – Coś mi się zdaje, że dzisiaj będzie lipa!? – ostrzegał surowo instruktor. – Nie, dzisiaj nie będzie żadnej lipy!!! – wrzasnęłam.


Potem powiedział mi, że z kobietami tak trzeba: potrząsnąć, żeby się obudziła.

 

Przed samym egzaminem telepało mną, strasznie, pierwszy raz w życiu. O 12.20 siedziałam w WORD i modliłam się, powtarzając: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem…”. Bieg ukończyłem... Ukończę ten bieg? Widocznie tak. Minął mnie mój poprzedni egzaminator, z kamienną twarzą, wpijając we mnie straszny wzrok skorpiona. Okropność. Czego on chce? Zmarszczyłam groźnie brwi i opuściłam głowę (potem instruktor powiedział, że ten skorpion znowu dopytywał go o mnie. Widać, pozory mylą)


Hol dla oczekujących nagle opustoszał. Przyszedł spokój i przyszedł egzaminator przydzielony mi dzisiaj. Starszy, i jak się okazało, lubiany przez wrocławskich kursantów. Pan Bogusław S. Coś wyczuł nastrój, bo traktował mnie po ojcowsku. Zwrócił się do mnie po imieniu, wypytując o jeżdżenie rowerem, o moją babcię (analiza genealogiczna) itd. Powiedział: "Najważniejszy jest spokój. Ja się zawsze cieszę, jak kursanci zdają".


Są różne zwyczaje, ale ja muszę mieć rozmowy w czasie egzaminu. Normalny kontakt z człowiekiem. Jak jest cisza, to się stresuję, jak ktoś rozmawia, to oblanie przynajmniej nie nastąpiło w atmosferze egzekucji. Skorpion miał pretensje, że ja wolę rozmawiać, i sam się potem przekonał, że nie miał racji.


Auto gotowe do jazdy. Pięknie się zaprezentowałam na tym placu: noga na sprzęgle telepała mi się jak pod prądem, ruszyłam po łuku, nie spuściwszy ręcznego do końca (mój stary numer także), ale się szybko poprawiłam. Co było dalej, nie wiem. Wróciłam do koperty na wstecznym i na końcu, zadowolona, zatrzymałam się, bez głowy zupełnie. I znowu ten sam manewr, wymuszanie: - Hej, hej, a dlaczego to auto się toczy?! - zapytał grzecznie egzaminator, który stał właśnie z tyłu auta i chciał zabrac tyczkę. Przypomniałam sobie to, co mówił Skorpion. Zaciągnęłam ręczny.


Górki w ogóle nie pamiętam, tylko tyle, że ruszałam u szczytu.


Manewrowałam tak i zaczęło do mnie docierać, że jak dotąd jakoś idzie. O! "Wiem, że mam zdać, ale jak? Może cudem? Bo jestem spokojniejsza. Egzaminator spokojny, traktuje mnie tak, jakbym po prostu miała pojechać i zdać. Może się jednak uda??"


W mieście pan egzaminator nieustannie ze mną gawędził, ale błędy wytykał... Tłumaczył, radził, uczył (sic!), i powiem szczerze, dopiero taki egzamin dla mnie ma sens. Może i obleje, ale tłumaczy wszystko na bieżąco. A pojechaliśmy tam, gdzie właśnie się najbardziej bałam. Okropna ulica Piękna, wstrętna Nyska z omijaniem ciasno i byle jak zaparkowanych aut i zawracaniem (wyjechałam idealnie, jak instruktor uczył), Jesionowa z idiotycznie ustalonym postojem TAXI (przed pasami dla pieszych), Hubska z paskudnym lewoskrętem do Św. Jerzego, który razem z całą Hubską zniecierpiałam na kursie, bo długo nie mogłam połapać się w pasach ruchu. ("Jedziemy drogą z pierwszeństwem" - a ja mam skakać po pasach i przez linie). We wszystkie te miejsca.




Modliłam się tylko, żeby w tej strefie nie było parkowania... Tam dopiero jest ciekawie: nic nie widać, pochyła nawierzchnia... Święty Jerzy! Jedno zgaśnięcie silnika, dopuszczalne, ale jednak. (I tak pan BS udawał, że go nie widzi). Hubska, AK, Krakowska, Praktiker, ale zawracanie niekolizyjne, i z powrotem. Zmiana pasa ruchu, zmiana pasa ruchu, i znowu. Pas do rozpędzania. Dzwoniłam zębami. Czekałam tylko, aż zahamuje i powie: "stop. Wymuszenie". Powtarzałam: - Panie egzaminatorze, ja się tego panicznie boję. – Co pani mówi, że nie umie? Pani to wszystko umie! – kiwał głową. A jak trzeba, to ponaglał, żeby ruszać przed siebie.


Na Brochowie znana mi ulica Cedrowa. Już wiedziałam, czym ona pachnie. Przyspieszyłam. - Nie tak szybko... - polecił egzaminator z bardzo znaczącym, chytrym uśmiechem. - Tutaj zrobimy parkowanie równoległe. Nie uwierzę, że on nie wiedział o moich poprzednich egzaminach. – No, panie egzaminatorze, to najlepsza metoda, żeby mnie oblać! – śmiałam się. Gdy auto podeszło mi niebezpiecznie do krawężnika, krzyknęłam: o nie! Pomyślałam, że drugi raz się nie dam. Nie wyszło mi w prawo, kręcę w lewo i nie obchodzi mnie, co będzie dalej. Zaczęłam kręcić w lewo. Tyle że tym razem bez pośpiechu, bo instruktor ostrzegał: - Pani wszystko potrafi. Tylko ten pośpiech kiedyś panią zgubi!


Auto szczęśliwie stanęło na płycie, bo tam parking ciut powyżej jezdni. No to jak korekta, to do przodu, tak uczył instruktor, ale wolniusieńko. Wyszła korekta, ale jeszcze nie idealna (instruktor by tak nie pozwolił, zaraz byłaby tresurra z prostowaniem kół itd.). Egzaminator rozejrzał się wokół, ekierka w oczach zmierzyła: - Dobrze jest. Wyjeżdżamy. On cały czas rozglądał się równie energicznie jak ja, zamiast siedzieć, jakby połknął kij od szczotki, i to też mi dawało poczucie bezpieczeństwa.


Na do widzenia ochrzan za nieuzasadnione zatrzymanie przy wyjeździe na drogę z pierwszeństwem: - Jakby było niebezpiecznie, byłby STOP, a nie ma. Przy Gazowej tradycyjnie zatrzymanie do wyznaczonego punktu. Sensu tego manewru zupełnie nie pojmuję: nie mogę hamować nogą, tylko koniecznie silnikiem, a nogą dopiero w zatoczce. (Ekoterror?) Wyjeżdżamy: - Jest pani bardzo asekurancka. Kierownik wciąż to powtarzał...


Na koniec, podczas powrotu do WORDU, zagapiłam się przy poleceniu skrętu w prawo i było ostre hamowanie z 50 km/h do zera na skrzyżowaniu Morwowej i Ziębickiej. Jeszcze zamierzałam puścić pieszego, bo to droga poprzeczna, a mój instruktor bardzo na to zwracał uwagę. Wtedy o mało ktoś w nas z tyłu nie wjechał. Dostałam za to pierwszą poważną naganę: - ...miała pani szczęście. To było wymuszenie lżejszego kalibru, bo bezkolizyjne, ale było. Stary numer kursantów: powrót do WORDU, szczęście w sercu, koncentracja gorsza... wymuszenie, i po egzaminie.

Wyjazd z Ziębickiej w Morwową. Wymusiłam po lewej, jadąc w przeciwnym kierunku

Potem jeszcze dyskusje o przepisach, bo jednak instruktor pewnych rzeczy uczył inaczej, bardziej rygorystycznie (a czasem co egzaminator, to inna teoria), ale szczęśliwie doturlałam się do WORDU. Tam długi postój na parkingu. Egzaminator pisał i pisał, tłumaczył coś mi, jako rowerzystce, ale nic z tego nie pamiętam, tylko to, że mam dwa błędy na skrzyżowaniu, a uratowało mnie, że to na protokole są osobne punkty - jeden to lewoskręt, a drugi prawoskręt (rok temu była to jedna pozycja "skręt w lewo lub prawo" i za dwa błędy za skręt jako taki "się leciało"). Aż w końcu powiedział: - Ogólnie nie jest źle. Wynik jest pozytywny.


No, i nie da się ukryć. Mogłam zdać za pierwszym razem. Instruktor miał rację: - Pani to zda, pani to wszystko potrafi. Tylko musi pani spokojnie. Pośpiech panią zgubi.

 

Zabrałam rzeczy, trzasnęłam drzwiami i popędziłam do instruktora, który czekał w holu (zdawałam egzamin jego autem), nie zabierając dokumentu: - Mietek! Łap tę kobietę, bo poleciała bez protokołu, instruktor jej nie uwierzy! Wpadłam na pierwszego egzaminatora. Wróciłam do auta, złapałam dokument i popędziłam dalej. Instruktora dopadłam, jak się dyskretnie ewakuował bocznym wyjściem. Mówił mi, że nie chciał się cieszyć, bo po moich dwóch oblanych już nie miał pewności, z czym ja właściwie wróciłam do WORDU. Patrzył tylko przez szklaną ścianę, jak wraca jego czerwony renault, i stwierdził, że kursantka jest za kierownicą. "Jest, czyli zdała... Albo i nie zdała, ale popełniła 2 razy ten sam błąd średniej wagi, więc egzaminator pozwolił dokończyć egzamin bez wpływu na wynik końcowy". Złapałam oddech. - Zadanie wykonane! - wykrztusiłam, a on uśmiechnął się od ucha do ucha i stał rozanielony w holu. - A pan jest cudotwórcą. - Dlaczego?  - zmarszczył brwi. - Bo mnie pan nauczył jeździć. Tego on nie zrozumie: dla mnie decyzja, by zrobić prawo jazdy, to tak samo, jakby jemu kazano nagle zostać neurochirurgiem.


Na placu był wtedy duży ruch, egzaminy szły jeden za drugim. Egzaminatorzy kręcili się wokół aut. "Kierownika" znają z widzenia, on ma teraz wielu kursantów, więc przyszli. Pół WORDU się ze mnie śmiało. Kierownik zaś już wrócił do formy, bo zaczął snuć swoje ulubione sentencje. Podniósł palec do góry. - To niebezpieczna kobieta jest! Ona wymusza! - powiedział ze śmiertelną powagą do egzaminatorów, którzy stali w kole i patrzyli na to szczęście z kaskiem rowerowym przytroczonym do plecaka.



- To teraz czekam, aż pani zabiorą prawo jazdy - podśmiewał się, gdy wyjeżdżaliśmy z WORDU. Wyrzucił mnie gdzieś po drodze, a ja powędrowałam pieszo w słońcu babiego lata, nadając wiadomość dnia przez telefon. Aqq, do którego zadzwoniłam w drugiej kolejności, skomentował, iż on wiedział, że zdam, miał dziwną pewność. Zwyczajnie to wyrzekł, ale po tym poczułam się bezpiecznie. Po dojrzałym namyśle oświeciło mnie, że wsparcie z męskiej strony ma sobie właściwą, unikalną wartość, niezależną od pomocy tysiąca oddanych koleżanek. Te dwie rzeczy to jednak nie jest to samo. Ja nie jestem mdlejącą lilią, ale taka prosta, żołnierska i życzliwa postawa: "ja tu jestem, jakby co, a ty dasz radę", bardzo mi się przydaje. Dobra jest i faktycznie dodaje odwagi, i tego między innymi nauczył mnie mój kurs jazdy. Tymczasem Aqq uzupełnił dane o zaproszenie na urodziny, które niebawem nastąpią: "Ustaliliśmy, że będziemy pić za mnie, za twój zdany egzamin i zdrowie pierwszego pieszego, którego ty potrącisz". 

« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • Daniel 13:13, 3 listopada 2016

    Gratulacje! :)

    Odpowiedz
  • Sosenka 17:00, 4 listopada 2016

    Danielu, dziękuję!!! Cyrk na kółkach :D

    Odpowiedz
Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW