Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Ulica Rekreacyjna - ulica Zwycięska

2013-07-01 21:47:21, komentarzy: 0

Ostatnio postanowiłam nazywać nasze wycieczki wieczornicami. Już trzeci raz w tym sezonie wyprawa rozpoczyna się przed godziną 19 lub krótko po niej. Siłą rzeczy, planujemy ograniczyć się do zwiedzania przedmieść Wrocławia i w związku z tym prędko wrócić do domu. Ale my jak nocne ćmy...


Wczoraj też była niedziela. Ostatnia niedzela czerwca 2013. Zimna, brrr, zimna jak w październiku. Wyposażona w zimową czapkę, chustę i gorącą herbatę w termosie, stawiłam się o 19 na stacji Wrocław Klecina. Nie, nie, nie po to, żeby złapać pociąg, bo tę linię turystyczną ktoś mądry zamknął 10 lat temu, tylko po to, żeby wyruszyć stąd na wieczornicę z Izą i Adamem. Stacyjka leży na końcu świata, na końcu osiedla o tradycjach robotniczych () bch (długie lata pracowała tu słynna cukrownia) - czerwona cegła, kocie łby, niskie skromne kamieniczki, a w centrum surowa architektura poewangelickiego kościoła (obecnie parafia katolicka, oczywiście).  Tu więc przybyłam o 19, usiadłam na krawężniku zarośniętego peronu i czekałam. Rdzewiejące tory widać było  między kępami wesołej zielonej trawy, napis Wrocław Klecina odsłaniał stary, nie mniej ciekawy szyld "Klettendorf" , a słupy oświetleniowe dawno postradały swe zwieńczenie, czyli lampy.  Cholera! Taka ładna linia do Sobótki i dalej, tłumy turystów co łykend, a teraz ruina.

 

Adam z Izą spóźnili się o godzinę.  Przez telefon zostałam poproszona o przybycie pod pobliski most, a jakże.

"Ałuuuu" - niosło się echo pisku Zuzi. Wiadukt pod ul. Karkonoską, wiodącą ku A4 (bo to o niego chodzi), zanurzony jest u swocyh podstaw w gąszczu  i otoczony tajemniczymi drogami, ścieżkami i kotlinkami. "Gdzie jesteeeście?" - jęknęłam. "Już Cię widzę, idę do Ciebie!" - rzekła Iza, która następnie poprowadziła mnie rzeczywiście do miejsca zbiórki. Pod filarem mostu stała kawalkada z Adamem na czele. - Ja to kiedyś skończę na śmietniku - jęknęła moja koleżanka i mimowolnie obejrzała się za siebie. Stałyśmy dokładnie koło dzikiego wysypiska śmieci. Przebrała Zuzię, która zdążyła z ciekawości zbadać głębokość kałuży, i "hajda na koń!". Chyba wszyscy zaczynamy mieć  dosyć takich widoków, bo z ulgą wyruszyliśmy w drogę, czyli na południe, ku Bielanom Wrocławskim. Po drodze Adam pokazał nam, jak go nazwał, las tropikalny - kępy drzew i krzewów zanurzone w wodzie, faktycznie, jak w tropikach. Skończyły się urocze łąki na granicy miasta, ciągnące się wzdłuz linii kolejowej, domeczki w sadach - jak gdyby we wsi letniskowej. Wjechaliśmy do tunelu pod A4. Dzika droga, która tamtędy szła, zdobna była w liczne doły i kałuże, tak że chyba więcej szliśmy, niżeśmy mieli okazję jechać.

 

A w ogóle, ny stosujemy inną miarę niż świat, i u nas są "trzy kwadranse akademickie".

 

Kiedy już po raz drugi o mało nie wywinęłam orła w błotny dół, usłyszałam od swych przewodników, że my podążamy ulicą. Tak, ten szlak istnieje na mapach i zwie się, uwaga, ulicą Rekreacyjną - wszelako leżącą już w gminie Kobierzyce. Trzeba było zręczności, żeby pokonać ulicę Rekreacyjną , mając sucho w butach. Na końcu otworzył się przed nami widok na zielone pola, lekko złote w zachodzącym słońcu, stacyjkę w Bielanach (no właśnie, barany, z Urzędu Marszałkowskiego: a szynobus do centrum handlowego to zły pomysł?) i dalej, na horyzoncie Ślęża... Za nią Wielka Sowa, Góry Bardzkie... Można by było pokazywać i nazywać kolejne szczyty.  Ale lepszy widok był tuż przed nami: pole zamienione w staw, na nim stado kaczek, a w nim głośno rechocące żaby. Wg mnie, był to żabi chór i żaba - starzec - przewodnik chóru.

 

Adam nagrał to słuchowisko na komórę i pojechaliśmy do wioski Ślęza, do zamku Topacz. Patrzyłam na Izę, za którą jechałam. Błoto sypało się z jej roweru i układało na szosie w zgrabny łańcuszek. Błoto sypało się z dynama w moim kole i wpadało do buta. Błoto chrzęściło w przerzutkach, szurało w łańcuchu i skrzypiało u nasady pedałów. No cóż: ulicę Rekreacyjną mieliśmy właśnie za sobą.

 

Koło zamku oczywiście coś się musiało zepsuć: od Adama roweru odpadła sprężyna. Tym razem nie było nam do śmiechu: było nieprzyjemnie zimno i cięły komary. Bydlęta, ostatnimi czasy po prostu mnożą się tu na potęgę.  (Tu, czyli we Wrocławiu). Po zmarnowaniu kolejnego kawdransa byliśmy gotowi do drogi, więc śmignęliśmy wokół stawu, zepsuliśmy jakiejś parze romałtyczny wieczorek i zawróciliśmy do bramy. Tu Iza z Adamem wyszykowali swe pojazdy na spotkanie z ruchem ulicznym - światełka, migacze, bajery. Każdy też założył czapkę zimową, opatulił się w to, co jeszcze wydobył z sakw, i wtedy był gotów. Adam zaintonował nasz ostatnio ulubioną pieśń bojową:


Hej szable w dłoń! Łuki w juki, a lupy wziąć w troki
Hajda na koń! Hajda na koń! Okażemy się godni epoki, ach epoki
Ruszamy w bój, aby Baśkę uwolnić od zbója
Tatarzyn zbój, okrutny zbój, nie zwycięży nas nigdy

(tralala; patrz kabaret Elita).

Na tle zamku zabrzmiało to kapitalnie i poprawiło humory.  Pierwsza ulica Wrocławia, na którą dotarliśmy - zmarznięci i ubłoceni, nazywała się ulicą Zwycięską.

 

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW