Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

U babci z Izą

2013-11-17 20:09:56, komentarzy: 4

Okazuje się, że wycieczka we dwie umożliwia spokojne zaplanowanie trasy, dotarcie na dworzec o właściwej  porze i nawet zakup biletów w kasie (a nie u konduktora, który nie ma akurat drobnych). Choć w mieście panuje akurat wstrętne, wilgotne zimno, wycieczka pociągiem cieszy jak za dawnych czasów.

 

Iza i ja wybrałyśmy się do mojej przyszywanej babci K. Pociąg mknął jak na skrzydłach, to jest 60 kilometrów pokonał w ciągu półtorej godziny - nieprawdopodobne, bo jeszcze wiosną zajmowało mu to prawie dwie godziny! Niezmiennie jednak królowała dezinformacja, gdyż pociąg miał wygaszony wyświetlacz, podobnie  "nie działawszy" wyświetlacz na peronie, i z początku nikt nie wiedział, dokąd on jedzie. Pociąg-widmo. Tośmy poczuły dreszczyk emocji...

 

W drodze Iza gapiła się przez szare okno, a ja spokojnie dziergałam kapcie, które K. miała dostać w prezencie. To nic, że się w domu pomyliłam i zabrałam jeden drut 3,0, a drugi 3,5 mm... Kapcie to mają do siebie, że się je robi z tak zwanej byle jakiej włóczki, która ukształtowana w kapeć staje się piękną materią, a druty, choć w tym składzie pracowały nieco opornie, egzamin przecież zdały. Iza natomiast była mocno nie w sosie. Powodów miała kilka. 

 

W południe wysiadłyśmy na stacji w X., a że dalszą drogę miałyśmy odbyć prawdziwym pekaesem (o tak! jechać do babci "na wieś", jechać do babci "pekaesem" coś w sobie ma - jakoby powieść z rasowego podręcznika szkolnego, wydanego w latach 80.). Iza zakomenderowała, że trzeba kupić szybko coś do jedzenia i - jak to ona mówi - zapchać się jakąś bułką. Odwiedziłyśmy pobliski targ, kupiłyśmy torbę ciastek dla babci, a sprzedawczynie uśmiechały się, z wysiłkiem tłumiąc śmiech. Ponieważ Iza zapragnęła bułek, poszłyśmy dalej i ona wypatrzyła cukiernię. Tyle razy tam byłam, a cukierni nie znałam. To, że w podróże kształcą, ale w grupie, okazało się też na dworcu pks, gdzie nie zlokalizowałam właściwego autobusu, bo wiedziałam, gdzie mam wsiąść i wysiąść, ale nie znałam przystanku końcowego kursu. Iza była tym zgorszona.

 

Babcia miała wielką frajdę! Ja, Iza - a co za różnica, że Izy nie zna. Zrobiło się wesoło, usiadłyśmy przy stole zastawionym ciastem i niebawem przyleciał - zwabiony ruchem - brat babci. Musiało mu się nudzić, bo gadał, gadał i gadał, przejmując rolę gospodarza i gościa na przemian. W końcu, jako że nie dało się go spławić, zaproponowałyśmy, że pójdziemy obejrzeć ekscmentarz i ekspałac. Brat Babci za nami! Podziękowałyśmy grzecznie i same dotarłyśmy do kępy drzew. Iza, dotąd ponura, zaczęła z zaciekawieniem oglądać nagrobki, podmurówki i doły. - Ożywasz na cmentarzu, Izo - wypaliłam nieostrożnie. Iza o mało nie usiadła. Ale nie zdążyłyśmy pogadać, bo zza krzaków wyłonił się Brat Babci. Zrobił nam wykład o zburzonym kościele poewangelickim, który komuna złośliwie zamknęła dla katolików, woląc, żeby zniszczał, niż żeby go używali tutejsi. - Tyle bzu tu nosiliśmy na majówkę, ale majówki zrobić nie można było, bo zamknęli - mówił. Pokazał, gdzie leży przedwojenny właściel wioski (zadbany krzyż), gdzie leży taka jedna Niemka, do której zaraz po wojnie chodził po mleko, wytłumaczył, że w żwirowni "było coś takiego, co przyjeżdżali badać naukowcy", i ofiarował się pokazać nam park i pałac. No nie... Podążyłyśmy drogą same. Ale Brat musiał sprawdzić, czyśmy nie jakieś agentki, i dyskretnie krążył wokół. Tak to jest: wszędzie miałyśmy świadków, a zza firanek dyskretnie śledziły nas oczy innych mieszkańców.

 

Babcia ucieszyła się, że wróciłyśmy. Ona nie narzeka, śmieje się ze wszystkiego, ale że za młodu ciągle gdzieś się włóczyła lub pielgrzymowała, a teraz jest unieruchomiona w domu, trochę jej smutno. Przygotowałyśmy z Izą obiad, gadając na okrągło, ja skończyłam kapcie, które Iza określiła kapciami krasnoludka (kształt), i babcia dokonała przymiarki. Dzisiaj babcia opowiadała trochę o mamie i wyjeździe z Kresów: jak w 1946 trzeba było zostawić nowy dom "pod blachą", drewniany kredens w kuchni, zamieniając to na wagon towarowy, w którym każda rodzina miała  do dyspozycji jeden róg, kątek. Mówiła babcia o ukrywaniu Żydów w czasie II wojny i upowcach, powywieszanych po wojnie przez Sowietów na drzewie koło rynku miasteczka. Iza też słuchała, ale myślami była daleko. Dopiero uspokoiła ją informacja z domu, że tam wszystko ok, a Zuzia już w łóżeczku.

 

Szybko zrobił się wieczór. Babcia, widząc zapadający zmierzch, zapytała, czy mamy czym wrócić do Wrocławia. Wg mnie, było czym, ale teraz oczywiście okazało się, że w internecie obwieszczają jedno, a w pekaesie drugie i ostatniego awtabusa nie ma. (Rozkłady na miejscu zdarte - wiadomo). No ale jako to NIE MA, skoro o 17 wraca znajoma z miasteczka, to czym ona wraca, skąd ona wysiada, skoro zawsze wysiada o tej samej porza i babcia sama widziała autobus. Mam zatem wyjść na przystanek i zobaczyć, czy jest autobus, a jeśli jest, to czy są w nim ludzie, bo od tego zależy, czy on pojedzie dalej, a więc i od tego, czy zakręci, a od tego, czy zakręci, zależy, czy zgarnie nas do miasteczka.

 

Babcia wcale nie chciała nas wypuścić tego samego dnia, ale jakoś tak każdy lubi wyspać się we własnym łóżku, toteż około 18 wyszłyśmy na przystanek. Ciemno tam jak w grobie, tylko srebrne nitki kładły się na asfalcie, bo księżyc świecił wysoko, nad polem, co rusz z jednej z trzech dróg wypadały pędzące samochody. Zza wzgórza wyjeżdżały jakieś pojazdy, ale żaden nie był pekaesem. Torby zawierające szklane talerzyki, prezent od babci, powlokłam w stronę gospodarstwa babcinego wnuka. Uprzejmy młodzieniec podwiózł nas prędko na stację pkp.

 

Co do warunków podróży najlepiej orientowała się pani sprzątaczka dworcowa - z wysiłkiem już poruszająca się osoba o zmęczonej twarzy, na której wypisane było chyba niełatwe życie gospodyni i matki kilkorga dzieci... Ona to nas uprzedziła, że teraz nie zapowiadają pociągów przez megafon. Należy obserwować tory, ewentualnie tłum. Tym razem jednak nie Iza poszła za tłumem, tylko tłum za Izą. Pociąg przybył punktualnie, raz było za gorąco, a raz wiało po plecach, ale kiedy człowiek wymarznie listopadową nocą, cieszy się z jazdy skrzypiącym gratem, który hamuje co pół kilometra, dla samej tej przyczyny, że pudło ruszyło z miejsca.

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne
« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • Iza Fotołazik 1:13, 26 listopada 2013

    Ejże, co tu tak pusto i cicho? ^^
    Czy jak Iza zamilknie, to już nikt się nie raczy odezwać? :/
    No więc dobrze, trza walnąć jakiś komencik i się ustosunkować - po kolei ^^
    Muszę uzupełnić tę relacyję o wszystko, com ujrzała memi oczema :P

    Po pierwsze primo: zapomniałaś o dzwonach powitalnych na naszą cześć, gdy wyskoczyłyśmy ze składu by triumfalne wkroczyć do miasteczka X ;) Z tej to okazyi uznałam, że raz przejdziemy przez tory paradnie górą po kładce , zamiast przemykać dołem jak reszta pospólstwa, o!
    Nawiedzanie lokalnych sklepików miało w sobie swoisty urok rodem ze starych westernów, kiedy do akcji wkraczał tajemniczy Przybysz, wzbudzając sensację wszędzie, gdzie się pojawił :3 Wchodzi taki niespiesznym krokiem, rozgląda się, prosi sok i dziękuje za woreczek pod kolor kurtki :P Nic dodać, nic ująć ^^
    Jechać do babci PKSem - " O Yeah! Te pluszowe siedzenia i firanki w oknach - to jest pojazd dla mnie! Panie, masz pan tu dwie dychy, wynajmuję ten wóz na cały dzień! Ach, jacy przyjaźni i towarzyscy są ci miejscowi - wciąż ktoś nowy się dosiada, by pojeździć z nami!" Co do wdawania się w bliższe relacje z PKSem, to warto się najpierw przekonać jakiej relacji jest on sam, coby nie zostać wywiezionym niechcący tam, gdzie niekoniecznie by się chciało trafić, nieprawdaż? ^^
    Stary cmentarz i ruiny - tiaa.. :3 I ten uśmieszek na twarzy, gdy się brodzi po kolana w zwiędłych liściach i zwojach bluszczu od jednego omszałego pomnika do drugiego, zważając by nie wpaść do jakiegoś grobu :P Jedno spojrzenie na siebie nawzajem wystarczy, by się upewnić, jakie z nas wybitne indywidua, których toru myślenia nie potrafi pojąć ogół społeczeństwa ;) "Tylko nie popadajmy w samouwielbienie^^!"
    Turystyczny obiadek u babci - fajna sprawa :) Ja też już dawno nie jadałam w doborowym towarzystwie, które w locie chwytało przelatujące dowcipy ;) A te twoje kapciuszki to były ciżemki, jakby co :p
    I znowu ten PKS - jak widać licząc na bliższą relację z nim można się przeliczyć i utknąć romantycznie w polu pod księżycem w mroźną noc :P
    Na koniec jeszcze nasze ukochane dworcowe klimaty :3 Gdy pani sprzątająca zmęczonym tonem oznajmiła po dwakroć dwojgu włóczęgom obozującym na ławeczce pod nieczynną kasą, że "pociągów się tu nie zapowiada", to oznaczało innymi słowy "zabierajcie się stąd z tym waszym żarciem, bo nie chce mi się po was sprzątać okruszków i zastanawiać się co z wami zrobić, kiedy będę zamykała poczekalnię na noc" :P Był to też jedyny jaki sobie przypominam przypadek, kiedy pociąg przyjechał kilka minut przed czasem, i kiedy na moje hasło "Jedzie!" rzucone w głąb holu, tłum w panice rzucił się do drzwi :)

    I to by było na tyle :3
    Wystarczy aż nadto by ubarwić jedną opowieść ;p

    Odpowiedz
  • pako 14:48, 2 grudnia 2013

    Myślałem, że wracasz do tematu Bab, czyli dawnych historycznych opowieści, których niedługo nie będzie komu wysłuchać. A tak poza tym - świetny opis wycieczki, z klimatem, z tym nieuchwytnym zamiłowaniem do swojskości, prowincji i braku planu. Pozdrawiam serdecznie

    Odpowiedz
  • Sosenka 21:02, 2 grudnia 2013

    Izo, no, to prawda! Były dzwony powitalne! Ale właśnie po to są komentarze, żeby dopowiedzieć całą resztę. O tym, jak pachnie w piekarni, i o tym, z czego składa się wystrój pekaesu.
    :)

    Odpowiedz
  • Sosenka 21:04, 2 grudnia 2013

    Pako, będę musiała do tego wrócić, bo jednak trochę tych pań zdążyłam wysłuchać. Lubię towarzystwo tych starszych ludzi, oni tyle widzieli...

    Odpowiedz
Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW