Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Tego na kursie nie było, czyli niedzielny kierowca

2016-11-14 21:03:20, komentarzy: 0

Największym niebezpieczeństwem nie jest tył auta. Jest nim przyzwyczajenie, że decyduje o n, rozgląda się o n i ostrzega o n. Przez pół roku miało się dwie pary oczu, jedną do patrzenia w lewo, a drugą do patrzenia w prawo. Można było cofać, mając dwie ręce na kierownicy. Teraz oczu jest dwoje, ogarną tyle, na ile im pozwoli nienaturalnie wykręcona szyja, a jedna ręka musi "spoczywać na zagłówku pasażera". 

 

Auto jest lekkie. Po naszym średnim "L" - niewielkie. Ledwie wyjechało za bramę, już można było ostro skręcić i ustawić korpus elegancko na jezdni. Z jedynki na tutejszy wsteczny. "Szybko, szybko, póki ludzie nie ruszą do kościoła albo nie zaczną z niego tłumnie wracać".

 

Póki asfaltu, póty jechałam dość dobrze. Dalej było inaczej, bo otrzymałam wskazówkę, że jak tak dalej pójdzie, to urwę koło. Tego na kursie nie było, więc nie wiedziałam, że mogę urwać koło. Silnik na kursie też mi już nie gasł, a tym razem zgasł, bo nie przygazowałam. Szczęściem, akurat za mną nikogo nie było. Miałam zresztą już zielony liść. Kto chciał, wyprzedzał przez podwójną ciągłą, a kto inny cierpliwie czekał, aż wreszcie zrobię, co sygnalizuję migaczem, i wjadę wreszcie na ten prawy pas. Na kursie, i egzaminie, to się nazywało asekuranctwo.


Zlana zimnym potem, zmieniałam pasy na pustej drodze dojazdowej i zawracałam, ustępując pierwszeństwa trzem autom jadącym w dużych odstępach z prędkością na oko 40 km/h. Na skrzyżowaniu głównym Asystent za coś na mnie nakrzyczał, niegodnie uczynił, więc ja nakrzyczałam na niego. Na kursie krzyki były tylko z początku i zawsze jednostronne.


Wracałam ciasną ulicą osiedlową. Przerażona prędkością, jaką rozwinęłam (20 km/h?), śledziłam dziadka idącego przede mną środkiem drogi. Dziadek poruszał się w skupieniu eucharystycznym, czyli zamyślony, z rękami założonymi do tyłu. Co dzieje się z tyłu, już nie wiedział. Na szczęście w końcu go zgubiłam, bo się zatrzymałam. Ustąpiłam pierwszeństwa jakiemuś autu, wykonując manewr... daleki od asekuranctwa. Na szczęście, Egzaminator II nauczył mnie raz na zawsze stosowania urządzenia o nazwie hamulec ręczny vel awaryjny. Jego wielka zasługa. Czego bym teraz nie robiła, o tym hamulcu pamiętam i traktuję go jako ostatnią ucieczkę (jak wcześniej Instruktora). To akurat na kursie było, ale prawdziwe awarie mam dopiero teraz.

 

Wjeżdżając z powrotem na teren posesji, źle wymierzyłam łuk i otarłam się maską o bramę. Ustawiłam auto prosto, przekręciłam kluczyk. Nie powiem, jak go przekręciłam, bo coś tam groźnie zgrzytnęło. Na kursie nie zgrzytało. Czy jest możliwe, że zepsułam rozrusznik? Nie wiem. Tego na kursie nie było...

Kategorie wpisu: Wrocław, prawo jazdy
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW