Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Siedem plag egipskich i zimne poty

2014-08-04 12:18:15, komentarzy: 1

Wczoraj wydarzyło się wszystko, jakoby powtórka: spóźnienie na pociąg, burza, złe odczytanie rozkładu, przebita dętka, "pomylona" droga, choroba i w końcu jazda bez biletu. Czy okolice Malczyc naprawdę były tego warte? Kiedy już Iza poczuła się lepiej, spojrzała na drogę i wycedziła z wymuszonym uśmiechem: "Powiedzmy szczerze: tu nie ma NIC".

 

Już czekałam na stacji w Muchoborze, gdy zadzwonił telefon, bo Izie pociąg o 12.54 do Ścinawy pomylił się z pociągiem 12.57 w kierunku do Poznania. Nie dałam się namówić na przemieszczenie się do innej stacji, w innym kierunku. „Nie ja się spóźniłam i nie ja będę jeździć od stacji do stacji!". Oni na stacji węzłowej, ja na bocznym przystanku i podobno jedziemy "w jednym kierunku".

Iza odwiesiła słuchawkę.

Sprawdzam następny pociąg do Wołowa. Dzwoni Iza: "Jedziemy".
Niby się zgadza. Iza odwiesza słuchawkę.

 

Sprawdzam rozkład, Iza też. Iza dzwoni. Pociąg jeździ, ale nie w niedzielę. Jak tylko zaczęłyśmy rozmawiać, na stację wtarabanił się towarowy-bez-końca i zepsuł nam komunikację.

W centrum miasta leje. Iza odwiesza słuchawkę.

Wściekam się. Iza dzwoni: "Może pojedziesz na Nadodrze? Jedzie stamtąd pociąg do Poznania". W końcu Iza zreflektowała się, że to nawet nie ten kierunek jazdy: "A czekaj, faktycznie – to nie Poznań..."

Nad Muchoborem szaleje burza. Iza odwiesza słuchawkę.

Czekałam na tej stacji od 13 do 14.45, bo wtedy rzeczywiście wsiedliśmy do pociągu do Malczyc. W ślad za pociągiem wlokły się czarne chmury, ale na północ od torów, bo burza poszła północą, do Poznania (mamy farta).

 

Jak wysiedliśmy, to Iza zobaczyła, że ma przebitą dętkę.

 

Jęliśmy naprawiać rower, siedząc na zalanych wodą ławkach, aż z sąsiedniego domu wyszła o kuli starsza pani i wręczyła nam szmatę do wytarcia drewna.

 

Adam opowiadał o cioci - hipochondryczce, która handlowała w Legnicy i "co zarobiła, to wydawała na lekarstwa", więc wybuchy śmiechu przerywały kolejne sekwencje wymyślania na siebie nawzajem i na świat, co nas nosi. Wreszcie koło naprawił, ale o godzinie 16 to juz nie było za dużo czasu, żeby zwiedzać. Jak przejechał kolejny towarowy (czołgi jechały i między nimi wagon pasażerski z żołnierzami...), pojechaliśmy w stronę Rachowa i Kwietna.

 

Okazało się, że pojechaliśmy w dobrym kierunku, ale złą drogą, i ominęliśmy jakiś pałac (bodaj w Rachowie). W Kwietnie był fajny kościół z trawnikiem pocmentarzowym, gdzie się rozłożyliśmy. Iza czuła się coraz gorzej: kichała, parskała i kaszlała. Adam zrobił parę fotek (tablica ku czci ofiar weltkriegu z lokalnej ewangelickiej gemajndy), a potem leżał w miejscu jakiegoś  grobu z plecakiem pod głową i czytał lokalne kryminały. „Cyklistka złamała nogę i założono jej kołnierz”.   


Do niczego okazał się okazały pałac poscheiblerowski. Piękny park, staw z fontanną i ani jednej dziury w płocie! Porządne pałace i uporządkowany teren, zamiast poligonu do dzikich harców, to jakieś signum temporis.

 

Ruszyliśmy do Dębic, a po drodze poszliśmy na lody. W sklepie obsługiwała przystojna kobita w wieku około 30 lat. Wszystko robiła i mówiła z identycznym leciutkim rozbawieniem malującym się na twarzy (sądzę, że i kryminał byłaby w stanie komentować z tym samym humorem). Krótko mówiąc, nie wiadomo było, co ona naprawdę myśli. I kiedy kasowała moje czerstwe bułki, nagle wypaliła: "Ja państwa skądś znam". Zimny pot oblał mi szyję. "Państwo często jeżdżą na tej trasie?". Zaiste, tydzień temu wysiadaliśmy w Miękini. "Noo" - myślę sobie - "albo z nielegalnego wchodzenia do ruin nas zna, albo z jakiejś awantury w pociągu". Kiedy wszedł do sklepu Adam, pani z tym samym uśmiechem powiedziała: "A pana to tu widziałam tydzień temu. Też taszczył pan rower". Adam tłumaczył się, też niespokojny, o co tu biega, i wyszliśmy do sklepu w poczuciu, że oto tracimy anonimowość. Kto wie, co to jeszcze może dla nas oznaczać.

Iza czuła się coraz gorzej, przepowiadając sobie wodę w płucach, i pędziła na rowerze, byle tylko do stacji. Za Dębicami dogoniła nas następna czarna chmura, która w Proszkowie (dobra nazwa: drogi w proszku) spuściła na nas, w przy wtórze piorunnych pomruków, trochę wody. Trochę mi było szkoda, bo miałam ochotę obejrzeć resztki linii kolejowej Malczyce – Strzegom i stacyjkę z czerwonej cegły.

Pod pałacem narobiłam wrzasku, że mam dość objazdów, bo chcę zdążyć do domu przed zmrokiem. Nic nie straciłam, bo znowu obory okazały się  ciekawsze niż pałac.

 

Padało, gdy pruliśmy po żwirowych drogach w stronę Środy Śląskiej. Monotonny pejzaż bladozłotych pól i kęp pastelowej zieleni.  Już lepiej by było jechać wałem nad Odrą, ale tam teraz krzaczory. 

 

Stacja „Środa Śląska” jest – jak orzekł Adam – najgłupszą stacją w okolicy, bo leży 4 km od miasta przy tablicy SZCZEPANÓW i nawet busów do centrum stamtąd nie ma. Zmierzchało się,  sine chmury przysłoniły słońce, stacja była zaniedbana i brudna. I zawsze jak tak siedzimy, zmęczeni na stacji lub na przystanku i dojadamy resztki prowiantu, zaczyna się gawęda. Gawęda, która pozwala zapomnieć o chłodzie, głodzie i brudzie. Znikają pretensje i spory i zaczyna się opowiadanie baśni na dobranoc. Teraz cichym, monotonnym głosem Adam zaczął opowiadać o swoich wspomnieniach kolejowych z dzieciństwa. Głównym motywem był "głupi maszynista", który widząc Adama na peronie, nie raczył zwolnić tempa parowozu (i naprychało w Adama parą).  Maszynista nie byłby "głupi", gdyby chociaż wyszedł z szoferki i wdał się z nim w dyskusję, a z dyskusji wynikłaby racja  Adama. Nietrudno zauważyć, że w opowiadaniach Adama roi się od głupich pracowników kolei. No, gdyby on tutaj rządził, to by się pozmieniało.

 

Skład, który nadjechał, też się okazał należeć do głupich linii. Tydzień temu Adam zaklinał się, w obecności kierownika pociągu, że więcej nie pojedzie Kolejami Dolnośląskimi (do Malczyc też jechaliśmy KD – ha, ha, ha. Tylko na to czekałam). PESA była - tradycyjnie w niedzielę - zapchana rowerami, ale udało nam się jakoś poprzestawiać graty i wynegocjować kolejność wysiadania. Trzech konduktorów ruszyło w naszą stronę, by sprzedawać bilety (na stacji nie ma kasy). Adam wyjął 50 zł i czekał z forsą na wierzchu, aż sprzedadzą bilety naszemu sąsiadowi. Sąsiad stał tak blisko, że szturchaliśmy się łokciami. Ale jak panowie w czerwonych koszulach doszli do nas, nagle zrobili w tył zwrot i rozeszli w dwie strony świata. Więcej już żaden na nas nie spojrzał, mimo że biegali po szynobusie jak mrówki po plamie z konfitur. I jak tu nie wierzyć wesołej pani ze sklepu w Kwietnie?

 

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • Iza Fotołazik 17:33, 4 sierpnia 2014

    Joke ever time: "Jak to masz wodę w płucach? Pod deszcz jechałaś? " :D
    Niniejszym ogłaszam, że wraz z tymi słowami rekord surrealizmu został pobity :P

    Odpowiedz
Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW