Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Rozsądek i zimne wyrachowanie

2014-05-24 10:38:29, komentarzy: 0

Było to bardzo stresujące. W gorące, piątkowe popołudnie przedzieraliśmy się na rowerach przez ul. Mokronoską, i to przedzieraliśmy się poboczem, i to pod prąd. Dziwny jest system komunikacji dla rowerzystów, bo na ogół nie warto korzystać z legalnych rozwiązań. To, co na ogół zachwala urząd miejski, doświadczeni rowerzyści nazywają "metodą dla samobójców".

 

Opóźnienie w starcie wynosiło dzisiaj 2,5 godziny, w tym jedna godzina akademicka i drugie 1,5 godziny, podczas której podobno Adam obcinał sobie grzywkę. Poczułam wielką ulgę, gdy w porze najgorszych korków w końcu dostaliśmy się do Mokronosu, a następnie do Jaszkotla. Po paru kilometrach w kurzu, słońcu przystanęliśmy pod kościółkiem w Jaszkotlu. Adam poszedł robić zdjęcia, Iza usiadła pod latarnią umarłych i zaczęła przemywać sobie oczy. Zrobiło się cicho i sennie. Siostry zakonne z zakładu leczniczego i inni mieszkańcy wsi bezszelestnie przemykali przemykali po drodze w stronę drzwi kościółka, dążąc na nabożeństwo majowe. Za chwilę zaczął bić dzwon. To zelektryzowało Zuzię, która zaczęła śpiewać na cały głos: "Paanie Janie, panie Janie, rano wstań!".

 

Kłąb dętek zapasowych (na przyczepce Zuzi). Adam w domu nie wiedział,

która jest dobra, i zabrał na wycieczkę wszystkie

 

Adam chciał jechać w stronę Kątów Wrocławskich szukać mostu na Bystrzycy, którego nikt dotąd nie widział. Dlaczego akurat tam??? – Bo ja tam jeszcze nie byłem – padła treściwa odpowiedź. Iza chciała jechać nad rzekę, ale oczywiście nie tam, dokąd chciał jechać Adam. Wreszcie stanęło na tym, że posuniemy się kilka km na południe, i wtedy zobaczymy, co robić dalej. Dzięki temu znaleźliśmy w Pietrzykowicach ciekawy park, zarośnięty jak dżungla, z zieloną gęstą wodą na obrzeżach. Stał tam kamienny stół, o którym Iza powiedziała, że jest to stół do kultów rytualnych, czy też rytów kulturalnych, i zaraz zrobiła sobie zdjęcie jako ofiara rytuału. 

 

 

Park w Pietrzykowicach

 

Dość niemrawo szła nam ta wycieczka, głównie dlatego, że robiono liczne zdjęcia, ale też i dlatego, że Adam całą drogę gadał do dyktafonu. Jak zrozumiałam, a nie wiem, czy zrozumiałam dobrze, uczestniczy on w jakimś społecznym projekcie mapotwórczym. Żeby dokładnie opisać teren, zapisuje sobie wszystkie szczegóły, jak to obiekty handlowe, pomniki etc. „Teraz mijam serwis Boscha”, „Po lewej stronie kościół, po prawej sklep”  –  nadawał półszeptem do słuchawki. Wyglądał w takich sytuacjach jak agent i Iza nie wytrzymała: „Tu szpieg z Krainy Deszczowców. Carramba!”.

 

W Sadkowie poszliśmy do sklepu, a następnie usiedliśmy w parku, który zdaniem Adama był kiedyś cmentarzykiem ewangelickim. Ale tu znowu: nie ma na tę „cmentarzowość” żadnego dowodu. Za to stały już eleganckie nowe ławki, a pośrodku żelazna popielniczka, z której zwisał na łańcuchu (a jakże) otwieracz do piwa, chociaż niby pić w parkach już nie wolno. Po trawie jeździła traktorkiem jakaś pani. Z prawdziwą, jak oceniła Iza,  przyjemnością kosiła trawę i dość śmiesznie to wyglądało: jak gdyby ta trawa wypryskiwała nie z traktorka, ale z tylnej części jej ciała.

 

Tu się pokłóciliśmy nie na żarty. Dobrze, że kupiłam swego czasu mapę Gmina Kąty Wrocławskie (1: 40.000, 2013 rok), bo są na niej wszystkie drogi, dróżki i wądoły. Stanęło na tym, że nie jedziemy do Kątów, właśnie dlatego że za późno, tylko będziemy kręcić się w kółko, czyli jedziemy do Rybnicy i Bliżu, żeby zwiedzić wszystkie pałace, których jeszcze nie znamy. Pozwoliło to jechać spokojnie piaszczystymi drogami wśród pól, podziwiać Strzałę Zachodu (pociąg do Jeleniej Góry, w połowie pusty), złocące się w zachodzącym słońcu piaski i trawy. Tu i ówdzie pojawiała się porządna kapliczka Matki Bożej, wyelegantowanej z okazji maja i otoczonej kwiatami.

 

Przystanek PKS

 

Rasowy przystanek PKS przy brukowanej drodze do nikąd, czy też waląca się szopa, droga ginąca wśród pól, którą chciało się jechać, jak szczur Ryczypisk z Narnii, aż do Zachodu Słońca. No i bardzo pegeerowe otoczenie, w jakim poruszaliśmy się w Rybnicy: dużo ruin, obłupany pałac z dziwnymi przybudówkami ora podpici panowie w ogródku. Dopiero wtedy zrobiło się – jak mówiła Iza – swojsko. – Czekaj, bardzo ci do twarzy z tymi burakami – zatrzymała Adama na drodze między zagonem buraków a polem ziemniaków – zrobię ci zdjęcie. Nad polem unosił się duszny zapach jak w ogrodzie zoologicznym – jak gdyby nawóz zwierzęcy i lizol razem wzięte. Nie chciało nam się opuszczać tego miejsca, ale droga urwała się w rowie, i wtedy Iza wygłosiła uroczyście pamiętne zdanie: "Nie no, to nie ma sensu. Wracajmy. Musimy kierować się rozsądkiem i zimnym wyrachowaniem". Te słowa powtarzano potem do końca wycieczki, za każdym razem wywołując cichot.

 

Pałac w Rybnicy

 

Ale najbardziej romantyczne, bardziej nawet niż dwory i pałace, są ruiny obory. Waląca się, kamienna obora z jej pustymi wrotami otwartymi na gąszcz dzikiego parku stanowi ostatnio dla nas stały obiekt fotografowania.  

 

Przy bazie radarowej za Rybnicą Adam zastanawiał się, czy krowy dają tutaj mleko UHT.

 

Musiała już być godzina 21 i teraz to już trzeba było uciekać do miasta. Zwiedziliśmy Biskupice Podgórne, znane z koreańskiej fabryki LG, cieszącej sie złą sławą (zarobki oraz traktowanie pracowników), i pojechaliśmy w stronę Nowej Wsi Wrocławskiej. Droga z NWW do Zabrodzia była pełna wykrotów, dołów i rowów, w których stała jeszcze woda po niedawnych ulewach. – Adam! – wściekała się Iza, oglądając się za mężem, jadącym z tyłu. – Ty na mnie nie krzycz! – wkurzył się Adam – ty popatrz na niebo. Jak spojrzała, tak zmartwiała. Po lewej naszej stronie było jeszcze ładnie. Tam na nocnym tle widziałyśmy dymy fabryk i różowy poblask świateł wielkiego miasta. „Pięknie!”, „romantycznie!”, „g u s t o w n i e!” („hi, hi, gustowna droga!”). Ale to, co reprezentowało niebo po stronie prawej od drogi, to było według Izy: TORNADO F4.

 

 „Hejaaa!!!” – ryknęła do swojego roweru i pognaliśmy w stronę Zabrodzia, czując się jak dzicy cowboye poganiający wierzchowce. Z rozwianym, dosłownie! włosem ruszyła Iza pod górę, bo to był wiadukt nad A8. Ależ gorący wieczór – dyszała, stojąc już na chodniku w Klecinie. Ale wieczór już nie był aż taki gorący, bo od rana wiał silny wiatr halny,  który teraz jeszcze się wzmógł. Nawet się nie zdążyliśmy uczciwie pożegnać, a każdy pojechał w swoją stronę. To, że niebo oświetlały latarnie, nie oznaczało, że chmura była mniej ciemna, albo że mniej zapowiadała huragan.

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW