Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Powrót na tereny wodonośne

2013-11-03 10:34:33, komentarzy: 0

Była to nasza pierwsza wycieczka po Wrocławiu koleją linową. Kolej nazywa się Polinka i łączy dwa brzegi Odry na wysokości politechniki, a skonstruowano ją tego lata z myślą o biednych studentach, którzy widocznie nagminnie spóźniają się na zajęcia. Teraz nie muszą drałować do innego budynku przez Most Grunwaldzki, ale podróżują w 15-osobowych grupach, czerwonymi wagonikami ponad wstęgą rzeki.

 

Nie może być tak, że w mieście pojawia się jakiś wynalazek, szczególnie komunikacyjny, a wśród uczestników testu działania braknie Adama. Toteż wycieczka pewnego upalnego popołudnia 20 października rozpoczęła się przy południowej stacji Polinki. Stała tam już kolejka gapiów, z rotweilerem na końcu. Zdziwiłam się trochę, że roweru zabrać nie można, a rotweilera bez kagańca owszem. Gdy nadeszła nasza kolej, wsiedliśmy do wagonika, który płynnie ruszył do przodu i nagle hyc! poderwał się do góry. Ludzie cykali zdjęcia, głowy obracały im się wokół jak latające spodki, a w szumie rozmów rozbrzmiewał cienki głosik Zuzi:" Uwazajcie! Uwazajcie!" - gdy wagonik gwałtownie opadał. Szczęśliwie dotarliśmy na drugi brzeg i bylibyśmy zakosztowali przejażdżki w drugą stronę, ale nie, nie - wysiadka, proszę państwa i zapraszamy na koniec kolejki (która była dwa razy dłuższa niż po tamtej stronie rzeki). Wróciliśmy więc po rowery pieszo.

 

Bardzo lubię nadodrzańskie bezdroża. Gdy kończą się drogi asfaltowe, brukowane i żwirowe, zaczynają się bezkresne, dzikie trawiaste plaże - tu i ówdzie stoi samochód i leży kocyk piknikowy, ówdzie stanica harcerzy wodniaków. Tu resztki jakiejś kantyny, tam kępa drzew, w gąszczu stadnina konna i droga, która prowadzi w podmokłe lasy, ciągnące się aż za Wrocław...  W miarę jak zapadał zmierzch, gubiliśmy za sobą biegaczy, rowerzystów i motocyklistów. Rozmywały się na horyzoncie latawce, puszczane przez dzieci, cichło wycie motorówek. Wędrowaliśmy przez podmokłe i łąki lasy terenów wodonośnych, zalewowych, przypominających Mazury. Tu zachwyciła nas stara studnia, tam strzeliła dętka w rowerze Adama... Na skraju drogi, prowadzącej do wsi Mokry Dwór, urządziliśmy postój na naprawę. Tam przy okazji zaginął wentyl od tejże dętki.

 

Kiedy już się zmierzchało, Iza powiedziała: "Jedźmy dalej, bo szkoda dnia". Kropelki deszczu srebrzyły się na ramach rowerowych, a gdy dotarliśmy na szczyt wzgórza, zobaczyliśmy czerwoną lampkę z komina Siechnic i nocne światła miasta. W Trestnie (słynne powodzią 1997 r.) zatoczyliśmy łuk i ruszyliśmy z powrotem. Wędrowaliśmy przez brązowozłociste pola i drogi, które znaliśmy sprzed 4 lat,  potem w powietrzu poczuliśmy dym drewna kominkowego i to już był Wrocław. Krótka trasa, ale musieliśmy być zmęczeni, bo widzieliśmy obiekty, których nie było, między innymi ja chciałam na moście dla rowerzystów i pieszych zamknąć za Izą bramkę, która wcale nie istnieje. A dałabym głowę, że Adam, który jechał przede mną, otwierał najpierw  furtkę.

 

W sklepiku osiedlowym na Księżu Małym przebywali głównie amatorzy kiszonych ogóreczków, czytaj: wódki. Kupiliśmy słodycze i jabłka (tego dnia długo jechaliśmy o suchym pysku), i schrupaliśmy tę kolację przy świetle latarni. Powrót do ścisłego centrum zaplanował Adam przez dzikie ogródki działkowe, kładkę, wąwozy przy linii kolejowej na Opole.

 

Zuzia spała w swojej przyczepce, Iza robiła ostatnie nocne zdjęcia, Adam tradycyjnie opowiadał nam, "co tutaj było, jak nas jeszcze nie było", o liniach tramwajowych i cmentarzach. Wreszcie kolumna ruszyła powoli w dół, z wiaduktu międyz Brochowem a Księżem, i trzy czerwone migające lampki znaczyły szlak powrotny do domu.

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW