Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Poprawiny

2014-05-11 21:54:21, komentarzy: 0

Poprawiać to ja potrafię własne rekordy, a nie wesele. Zawsze przebijałam dętki, jedną po drugiej. W niedzielę przebiłam całkiem dobrą oponę Michelina.

 

Do Wojnowic dotłukłam się dwoma autobusami. W każdym przypadku, odcinek wrocławski był drogą przez mękę - autobus kluczył od barierki do barierki, gdy kierowca próbował dostosować się do gęsto nastawianych znaków ostrzegawczych, i co chwilę hamował. No ale jechać pociągiem w sukience wieczorowej był pomysł dużo gorszy. To tak jak ubrać się ładnie i przestawić rower z kąta w kąt - człowiek tylko dotknie maszyny, a za chwilę na białej bluzce ma smugę smaru. Odcinek ze stacji PKP w Czernicy do Wojnowic, widziany z okna, okazał się nie całkiem tak krótki, jak wcześniej sądziłam, i zupełnie nadawał się dla butów na obcasie. Nie no, czasem warto podporządkować umysł wygodzie, a nie przygodzie.

 

Uuuu, Wiesiek się żeni!

 

Wiesiek ożeniony.  Stary, dobry druh, z którym przeszłam drogi, wiadukty kolejowe,  tańczyłam na weselu wspólnej koleżanki, gapiłam się wspólnie w telewizor na różnych sylwestrach, który uczył mnie jeździć na nartach, a kiedy byłam chora, przyszedł, cały zlany deszczem, przynosząc mi słoik z miodem.

 

Myślałam, że teraz będzie inaczej. Ale dalej jest ciepłym, troskliwym przyjacielem, na którego zawsze mogę liczyć, a właściwie przez to, że się ożenił, mam przyjaciół dwoje. Że swoją żonę poznał też w biegu, z kościoła nowożeńcy wychodzili przez szpaler zrobionym z kijków narciarskich.

 

Oddać łyżeczkę od herbaty, na ślubie kumpla

 

Przede wszystkim było to prawdziwe wiejskie wesele. Występ chóru gospodyń wiejskich ("A dzień dobry pannie młodej, dzieeeń doobry!"), które wrzeszczały pod kościołem przez cały czas składania życzeń. Kolega z nart, który pod kościołem oddał mi... łyżeczkę od herbaty, i koleżanka z nart mamrocząca coś o balsamie do ciała od ciotki z Izraela (ciotka była w Izraelu, ale na chwilę). Poczułam się, jak w kosmosie, ale po chwili okazało się, że łyżeczka i balsam to wątki rozpoczęte w schronisku "Chatka Robaczka", ponad rok temu. Tak, jakby wspólny wypad na narty odbył się dopiero wczoraj.

 

Przygoda z bramą na drodze wylotowej ze wsi, która przyblokowała orszak weselny na długo. Tkwiąc w jednym z samochodów, byłam ciekawa, jaki komitet negocjuje z nowożeńcami, i zdziwiłam się, widząc jednego chwiejącego się na nogach jegomościa o czerwonej gębusi, który z dumą pokazywał kolejnym kierowcom skrzynkę ze zdobyczną wódką. A na końcu remiza, z suto zastawionymi stołami i wściekle śliską posadzką, na której mimo to nikt się skutecznie nie poślizgnął. "Oooo, Wiesiek się żeni!", "Ostra wódka, co? Zapamiętaj, synu, to już ostatni raz możesz sobie pozwolić" - westchnął nostalgicznie ojciec pana młodego, "Świadek temu winny, świadek temu winny!" - darli się krewni. Wywwijali wszyscy: ciocia Bożena, wujek Zenek, Anula, babcia, śliczna jak rzymska bogini panna młoda i jej mąż... Rodzice pana młodego, starsi ludzie, na których twarzach widać było nielekkie życie, wypełnione pracą, i poczciwość. Rodzice panny młodej, którzy, gdyby mogli, zatańczyliby z radości i dumy na własnych rzęsach. I cała reszta, bez względu na wiek, honor i pochodzenie. Gdy się patrzyło na postacie kobiece, w świetnie skrojonych i gustownych strojach, widać było jedną wspólną cechę - i chciało się rzec: żywoty pań okrągłych. 

 

Ciągnie wilka do lasu!

 

Bawiłam się dobrze, poskakałam, więc końcu zrobiło mi się ciepło. Torebka pożyczona od starszej, przedwojennej damy (surowo przykazała dobrać kolor do butów) okazała się świetna. A mimo to, kiedy wyszłam na chwilę na zewnątrz, usłyszałam żaby w krzakach, zobaczyłam podświetloną tarczę kościelnego zegara i pustą drogę, zaczęło mnie ciągnąć na stare szlaki.  Na drugi dzień, na obiad poprawinowy przyjechałam rowerem. Kolejarze w pociągu byli bardzo zdziwieni. - A nie po pijaku to aby ? - dopytywał maszynista. Obaj kolejarze pokłocili się jeszcze o godzinę odjazdu: "Jaki <<gotowy do dojazdu>>? Nie ma godziny? Jak to jest? Na jaki zegarek patrzysz, ten się nie liczy, liczy się ten na peronie! Opier...lą nas!". Pociąg wlókł się podobnie jak autobusy, bo tam oczywiście też remonty. W pewnej chwili przez okno wypatrzyłam czeski skład z lokomotywą, na której wymalowano wielki napis: "VLAKIEM NA EURO" - nic dodać, nic ująć.

 

O włos od wywrotki

 

Na obiedzie w Chrząstawie Wielkiej byłam punktualnie. Weszłam do remizy, zmieniłam buty, ściągnęłam przysmolony polar, przyczesałam włosy, a sakwę i kask dyskretnie upchałam za krzesełkiem. Że pan młody jakoś się spóżniał (przeprowadzka???), goście zjedli obiad sami i pod kierownictwem panny młodej rozkręcili popołudniową potańcówkę.

 

Wystartowałam w drogę powrotną około 17. Jechałam szybko w ostrym wietrze, przetykanym ciężkimi kroplami deszczu, z oczami wpatrzonymi w horyzont, na którym dzisiaj, w przeddeszczowej pogodzie, malowały się sine Sudety: od Gór Opawskich przez Jesenik po Karkonosze, a na pierwszym planie oczywiście Ślęża (aaach!). Po drodze jeszcze przystanek na przystanku PKS, bo lało, i rozmowa z właścicielem bojowego psa typu amstaf ("on nikfffofo nje lupfi, poffe pani!" - tłumaczył, gdy pies - bez kagańca oczywiście, obwąchiwał moją osobę). Na dobre zeszłam z roweru dopiero w Bielanach Wrocławskich, gdy moją maszyną zaczęło dziwnie rzucać. Wyszło, że dętka dziurawa i z tyłu mam flaka in situ [faktycznie poszłą opona, i to na styku bieżnika i powierzchni bocznej, dwie równoległe szramy - czyżbym pojechała po zardzewiałych szynach?]. Może to i lepiej, bo byłam ledwie żywa i mało brakowało, a bym wyrżnęła na jakimś krawężniku. Zwykle robię koło 20 km dziennie, a dzisiaj wyszło koło 40.

 

Dzień poprawin wszystkiego, łącznie z kondycją.

 

Kategorie wpisu: Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW