Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Podróż na koniec roku

2015-12-29 20:16:44, komentarzy: 0

Kiedy bus do Nowej Rudy wjeżdżał na skrzyżowanie ul. Powstańców i Hallera, nie zauważył go nikt ze stojących na przystanku. Oczy ich skierowane były tam, gdzie przed chwilą rozległo się wielkie BUM! Auto przyładowało w czoło tramwaju. - W to mi graj - uznał kierowca busa i minąwszy sznur aut, pojechał dalej. Rozsierdził się, gdy kazałam mu stanąć, bo już pędzili za busem zdyszani Iza i Adam. Reszta nie nawet zdążyła, ale pan nie czuł się winny. Iza twierdzi, że busiarze mają swojej pracy potąd i już nawet tego nie ukrywają.


W Przystroniu pan nie był miły powiedzieć, że to już nasz przystanek, i tylko przypadek sprawił, że zauważyłam mglisty napis na tabliczce. Wysiedliśmy zaaferowani.


Wydaje mi się, że wycieczka we Wzgórza Niemczańskie to już nasza tradycja na na koniec roku. Zuzi z nami nie było i rzeczywiście, okazało się, że lepiej jest iść w mroźnym powietrzu i w błocie bez dziecka. Wędrówka przebiegała sprawnie i bezkonfliktowo. Adam opędzlował dokładnie ruinę pałacu, odkrywszy tam windę kuchenną, której nikt jeszcze nie zdążył ukraść (uwiecznił się zaraz na zdjęciu z tą windą, ale już nie chciał pozować na spleśniałej kanapie stojącej w rogu: Izie było smutno). Następnie zawarł znajomość z panem gospodarzem innego domu, bo obaj interesują się... liczeniem bocianów.


Wzgórze nad wioską kryło w sobie mnóstwo tajemnic! Po pierwsze, w gąszczu jakichś cierni kryło ruinę wieży, zbudowanej z pięknych kamieni o różnorodnych kształtach i kolorach. Adam podejrzewał, że to dawna szubienica (na Dolnym Śląsku sporo jest wzgórz o nazwie Szubieniczne i Grodzisko), Iza - że wieża widokowa. Dalej był las, a w lesie przepaść.  Kamienny wąwóz, którym płynął strumień, co do złudzenia przypominało nam wąwóz, w jakim płynie Szczawnik.

Gdy zaczęliśmy schodzić w dół, znalazła sie dziura w zboczu, ślady jakiejś bramy i Adam uznał, że tam szukano skarbu. Usiedliśmy na ławeczkach przy kamiennych stopniach. Myśmy jadły, Adam latał z aparatem i fotografował kopiec obrosły bluszczem, twierdząc, że to dawny cmentarz słowiański.


Do Ligoty doszliśmy polami, zielonymi od oziminy. Oj, jak dobrze było znowu iść na otwartej przestrzeni, w wietrze, przed siebie, zaglądając do każdego rowu i lasku. Wspominano przypadki z innych wycieczek: wrak autobusu leżący w rowie, który miał wyraźny napis na karoserii Z NAMI DOJEDZIESZ BEZPIECZNIE. Na tej trasie dojrzeliśmy tabliczkę przy domu NIE-ZŁY PIES. Zastanawiało nas, że we wsi byle rudera była ozdobiona tablicą z logo Unii Europejskiej. Kurnik też.


Z ruin dużego pałacu w Przystroniu, nad wyschłą fosą, Adam wyszedł szczęśliwy jak dziecko: znalazł nóż na sznurku. Chciał go powiesić na plecaku. Myślał głośno,

- Myślicie, że ludzie we wsi będą się bać?

- Gdybyż to był granat na sznurku... - odpowiedziałyśmy.

Poszliśmy dalej, już trochę znużeni kilkugodzinnym człapaniem, aż tu nagle doznaliśmy jakiegoś déjà vu: za płotem gospodarstwa stał najwyraźniej słup przystankowy MPK Wrocław. Słupek zwiastujący centrum miasta, z napisem NOWOWIEJSKA. Zagadka wyjaśniła się parę metrów dalej: właściciel obejścia był pracownikiem firmy drogowej. Trzeba przyznać, że drogowskazy z odzysku są na Dolnym Śląsku towarem cenionym: jak pamiętam, w 2009 r. w Pankowie trójkąt "ustąp pierwszeństwa" robił za łopatę do grilla, a gdzieś indziej pewien dekarz ustawił sobie pod ścianą warsztatu zdemontowany oficjalnie drogowskaz JELENIA GÓRA -> jako zapas blachy do remontu pokryć dachowych. Toteż przystanek autobusów miejskich we wsi oddalonej od Wrocławia o 40 km jest jak najbardziej na miejscu.


Gdy szliśmy do ostatniej wsi, kusiło nas jeszcze jedno samotne wzgórze, porosłe dębiną. "Co mogło tam kiedys stać? Wieża? Szubienica? Krzyż???" - myśleliśmy, tylko że mnie już się nie chciało wdrapywać na wzniesienie. Przy okazji, nasze mapy, "Południowe okolice Wrocławia" i "Przedgórze sudeckie" okazały się nieaktualne. Na przykład wchodził nam w drogę, ten sam i w kółko, zielony szlak z Jordanowa Śląskiego do Niemczy i psuł strategię. Poszliśmy bez szlaku. Za dębowym wzgórzem była już Gola Dzierżoniowska z pięknie odremontowanym renesansowym pałacem. Pod wiatą na rozstaju łyknęliśmy gorącej herbaty i kawy z termosu, przegryzając świątecznym piernikiem i czekoladą.


Na uroczysku Siedmiu Stawów zobaczyliśmy tylko jeden staw. Szlak żółty, idacy przez wąwóz, wił się dziko pętlami, aż w końcu wkurzyliśmy się i poszli na skróty przez pole. W dali ukazała się wreszcie Niemcza. Że do odjazdu busa zostało jeszcze sporo czasu, zrobiliśmy rundkę po sklepach. Nie ma to jak sklepy w miasteczku, pełne niewyszukanych, a przydatnych towarów (włóczki jeszcze z Aniluxu, ho, ho!). Dostałam tutaj tanio wkładki do butów, Adam gatki i kalesony. Pani Sklepowa chichotała, słuchając terkotania Izy, która zarządziła, że mąż musi dostać nowy zestaw.


W końcu z bułką i kawałem kiełbasy polskiej w ręku zeszliśmy w dół do przystanku autobusowego. To nasz znany, ulubiony przystanek powrotny z Niemczy, umiejscowiony naprzeciw szkoły. Tyle razy biegliśmy tu ostatki sił, marzli zimowym wieczorem, łapali autobus, którego miało nie być. Czujemy się tam jak u siebie. Przecież Wzgórza Niemczańskie to nasza tradycja na koniec roku.



Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW