Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Pochód pierwszomajowy

2014-05-02 10:51:05, komentarzy: 2

- Przecież już pani powiedziałem... - powiedział zmęczonym tonem kierowca - że ma pani kupić bilet do Proszkowic. Pani znajomi kupili do Proszkowic. Spojrzałam w głąb busa. Siedziała tam Iza, z męczeńskim wyrazem twarzy, i usiłowała sobie przypomnieć, dokąd jedziemy. Szło akurat na burzę i wszyscy mieliśmy problemy z analitycznym myśleniem. No to kierowca wziął sprawę w swoje ręce. Ostatecznie i tak wysiedliśmy gdzie indziej.

 

Powitanie wiosny organizujemy zawsze w Dolinie Bystrzycy. Blisko tam i pięknie, a także odludnie. W tym roku może poskutkowała długa przerwa we wspólnych wyprawach, bo wszyscy zdązyli wstać, zjeść i wsiąść do busa tam, gdzie im było najwygodniej. Kłopot był tylko w wyborze przystanku docelowego. Nowo wybudowane łączniki A8 etc. spowodowały też, że nie za bardzo można się było połapać, gdzie aktualnie jesteśmy. I kiedy bus przemierzał miejscowości na południowy zachód od Wrocławia, w różnych zakamarkach pojazdu słychać było, jak echo: "Gdzie my jesteśmy, bo ja się gubię???" Kierowca powtarzał wtedy, beznamiętnie: "Ja Państwu wszystko powiem..."

 

Czerwone gatki na krzaku

 

Jak wysiedliśmy, tak lunęło. Na dobrze nam znanym przystanku (1 maja 2011 też wysiedliśmy tu), który mieści się na skrzyżowaniu dróg z Kilianowa i Kamionnej, stała tym razem nowoczesna - wg standardów pekaesowskich - wiata. Jej połowę zajmował już ponury drab ze swoim rowerem. Przeczekaliśmy tam wspólnie (fuj! jaki śmietnik w środku) 20 minut i poszliśmy asfaltową drogą, zalewani co chwila przez pędzące auta. Tu Iza zaczęła żałować, że wybrała się na wycieczkę w sandałach.

 

Pałac w Kamionnej wali się jeszcze bardziej, niż walił się 8 lat temu, kiedy przyszliśmy tu razem zimą (to było wtedy, gdy zobaczyliśmy strusie spacerujące w śniegu). Teraz dla odmiany, jak się okazało, stał się scenerią dla jakichś niegodnych praktyk: na krzaku wisiały fragmenty czyjejś uwodzicielskiej czerwonej bielizny. Akcesoria rodem z sekszopu nawet nie rzucały się tak w oczy wobec łanów kwiatów: kęp niezapominajek, bialutkich kwiatków czosnku niedźwiedziego i jeszcze tysiąca innych, szaleńczo rozplenionych na łące u stóp ruin. Ptaki, które skakały z gzymsu na gzyms, darły się z radości.

 

 

It's highway

 

Jak już opuściliśmy ruiny, rozpoczęła się dyskusja, dokąd się udać. Ostatecznie poszliśmy przed siebie, w stronę Czerńczyc. Dotarliśmy do wioski bez kłopotu. Niestety, dalszym punktem orientacyjnym na drodze do Okulic  miało być pole (moim zdaniem, 2 lata temu zgubiliśmy tu smoczek Zuzi, zdaniem Adama jedliśmy tutaj śniadanie), ale okazało się zaorane. Wróciliśmy do lasu. Nad głowami zaczęło grzmieć. Woda już dobrze chlupotała w butach, gdy przedzieraliśmy się przez tropikalny gąszcz. Zuzia podróżowała u taty na barana, wózek był pchany z jednej strony przeze mnie, a z drugiej Iza ciągnęła go na sznurku, tj. na kablu (kabel w pewnej chwili się urwał)."Świetna droga", zarekomendowana przez Adama, w pewnej chwili skończyła się dzikim rozlewiskiem i zerwanym mostem. Mimo że Adam twierdził, iż przejdzie na drugą stronę po betonowej podstawie eksmostu, jazda wózkiem na jednym kole (grań była wąska) wydała sie niemożliwa.  Zrobiliśmy w tył zwrot, w jakąś boczną drożynę. Brnęliśmy zatem przez te błota jak kawalkada ludzi pierwotnych, szukająca miejsca, by założyć pierwszą osadę. On i ona ciągnęli wóz z dobytkiem, za wózkiem szła "niewolnica", popychająca pojazd. - Nie no - ozwała się Iza - pamiętasz? W Beskidach taka droga była droga pierwszej kategorii. - Hajłej - podsumowała. Parsknęłyśmy śmiechem. Do Beskidów brakowało jeszcze rojów much. 

 

 

Przeprawa o szczudłach, hura!

 

Kolejna droga przez pnącza i liany (nad głową wciąż zgrzytało, a my wciąż w tym samym lesie!) zaprowadziła nas do rowu z odnogą Bystrzycy. Tu chcieliśmy się poddać, ale Adam zrobił przejście z drągów ułożonych nad wodą, wsparł się na dwóch kijach i tak przeszliśmy rzeczułkę o szczudłach. U końca dżungli, najwyraźniej odwiedzanej przez dziki, czekała niespodzianka: duża, poniemiecka śluza, którą prawdopodobnie zbudowano w środku lasu po to, żeby zalać cały ten teren. Padało coraz mocniej. "Co za szczęście" - myślałam - "że towarzystwo zapomniało wziąć z domu aparatów fotograficznych. Znowu byśmy strawili tutaj pół godziny". Nikt nie miał peleryny, Zuzia w wózku trzymała parasol w swoich małych rączkach, reszta powoli traciła orientację w terenie - bo co się rozjaśniło, droga gwałtownie skręcała w głąb lasu. Jak to bywa, dla poprawy humoru zaczęliśmy śpiewać. "Mama mówi nie, tata mówi nie, a ja lody poziomkowe dzisiaj chcę!" - skandowała Zuzia spod parasola. "Z dźwiękiem konserw wjechałem do miasta. Pod wieczór było i czas kolacji nastał" - to była nasza licealna, obozowa parafraza piosenki pt. "Krzyżowiec", Adam natomiast improwizował. W lesie było piękne, czyste echo, więc wrzeszczeliśmy do woli.

 

Zyzgzakiem

 

W lesie spędziliśmy chyba ze dwie godziny, krążąc tam i z powrotem. W pewnej chwili czuliśmy się jak powstańcy 1863 ciągnący lawetę, na której spoczywały zwłoki towarzysza niewoli. Ubłocone koła zanurzone w kląskającym błocie, brudne szmaty przepokoje krwią i ani żywego ducha wokół. Elegancka żwirowa droga, która ukazała  się w końcu naszym oczom, miała prowadzić do Milina, tak twierdziły napotkane panny, no i prowadziła do Milina, ale nie uprzedzono nas, że ona przecina las zakosami pod kątem 90 stopni. I tak zasuwaliśmy w tę i w drugą, w tę i w drugą. Dopiero widok eleganckiego szlabanu (nawet usiąść się na nim nie dało, taki był elegancki i pełnowymiarowy) dał nam do myślenia, że to już koniec męczarni. Adam opowiadał nam właśnie o szubienicach w dawnym Wrocławiu, gdy wyszliśmy na pola przed Milinem. - To tutaj - powiedział do Izy - wydeptałem ci 8 lat temu w śniegu napis KOCHAM IZĘ.

 

Na rozkłady nie ma rady

 

W odurzającym zapachu kwitnącego rzepaku wmaszerowaliśmy do wioski. Po raz trzeci oczom moim ukazała sie sylwetka Pijanego Cowboya, to jest faceta, którego spotykamy tu zawsze a zawsze. Swój pseudonim zawdzięcza temu, że zwykle paraduje w kapeluszu cowboya, a pijany jest zawsze. Tym razem też szedł krokiem jeźdźca w stronę, a jakże sklepu. Jak ktoś zna "Dekalog" Kieślowskiego, wie, jaką rolę grał w nim Artur Barciś. No, tę samą, co nasz Cowboy. Zapowiada on jakiś zwrot w akcji.

 

Zaopatrzeni w suche bułki z wczoraj i lody, usiedliśmy na progu jakiejś starej stodoły, frontem do zawalonej bramy zawalonego PGR-u (kupę kamieni zdobiły dwie butelki po wódce). Iza twierdziła, że menele, stojące przed sklepem, spoglądały na nas wrogo, bo zajęliśmy ich miejsce.

 

Wtedy się okazało, że nie wiemy, czym mamy wracać do domu.

 

Do Wrocławia, ale do Wałbrzycha, jest, ale go nie ma, jedzie, ale nie staje

 

Miałam ponoć spisać pociągi z Mietkowa, a spisałam z Kątów Wrocławskich. Iza dzwoni do koleżanki. Koleżanki nie ma w domu. Iza dzwoni do taty. Tata na działce, musi wrócić do domu, do kompa. Iza dzwoni do kolegi. Kolega podaje rozkład pociągów, ale w międzyczasie odzywa się tata, i dwie wersje rozkładów wykluczają się wzajemnie. Zmrok zapada, PKS odjechał o 17, a do Kątów aż 1,5 godzny szosą. Matko słodka! Puściliśmy się pędem mietkowską szosą, nie wiedząc, na jaki pociąg mamy zdążyć. 5 minut przed stacją usłyszeliśmy stukot pociągu.

 

 

Na stacji Adam sprawdził rozkład. Pociąg niby mamy. Tylko dlaczego godzina odjazdu z Mietkowa, którą podał tata, jest ta sama, co godzina odjazdu z Kątów, którą spisałam ja? Adam popatrzył na tablicę jeszcze raz i nas uspokoił: pociąg zaraz przyjedzie. Teraz popatrzyłam na tablicę ja, bo wizja wydała mi się zbyt piękna: no tak, Adam znalazł właściwą tabelę (ODJAZDY), ale zły wiersz. Niebawem przyjedzie pociąg - ale do Wałbrzycha.

 

Dobrze, że w rozkładzie uwzględniono jeszcze pociąg do Wrocławia o 21.25. Przed nami dwie godziny pełne katuszy. A to śmignął nam przed oczami nowoczesny szynobus do Wrocławia, który się tu planowo nie zatrzymuje, a to zrobiło się zimno (a w butach mokro...), a to stopy brudne, a to chce się jeść i mamy torbę słodyczy, które jednak już bokiem wychodzą... Zuzia opatulona kocykiem oraz dodatkową Izolacją, czyli bluzką Izy i polarem Adama, spała bezpiecznie w wózeczku. My z Izą zaczęłyśmy tańczyć niezastąpioną Laurencję. Słuchałyśmy przy tym Adama, który montonnym głosem gawędził o tajemnicach Władysława Warneńczyka, Polakach na Haiti i tolerancyjnym Zachodzie, co się pozbył Żydów.  Tak to, w przysiadach, dotrwałyśmy do przyjazdu pociągu.

 

Ciekawe, że wszyscy tego dnia byli w dobrych humorach, nie przejawiając ani trochę postawy buntowniczej i przekory... Zastanawiała też inna rzecz. Otóż aż trzy razy w ciągu tej samej wycieczki usłyszałyśmy od Adama, żeby nie robić tego i tamtego, bo to niebezpieczne (np. nie należy stać zbyt długo w bramie pałacu, żeby nie dostać cegłą w łeb). Adam, który nie ryzykuje, ale który ostrzega. Najpewniej zaczął się starzeć.

 

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • Sosenka 12:16, 4 maja 2014

    Sprawdziłam. Pociąg, który podał nam z Mietkowa tato Izy, to pociąg do Wałbrzycha o 19.41. Potem jest przesiadka w Żarowie na ten szynobus do Wrocławia, co nam śmignął przed oczami, a który staje w Żarowie, a w Mietkowie nie.
    Fujary jesteśmy. Ale teraz można sobie gdybać.

    Odpowiedz
  • Sosenka 11:08, 5 maja 2014

    Uprzejmie donoszę, że jestem w trakcie przenoszenia konta na inną skrzynkę mailową (hasło etc.), stąd możliwe zakłócenia w updatowaniu blogu.

    Odpowiedz
Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW