Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

O wymuszaniu

2018-02-13 20:26:55, komentarzy: 0

Na tym etapie najlepszym nauczycielem jest przymus. Trzeba zawieźć ciężką torbę - samochód, trzeba uszczęśliwić kogoś kilkoma pudłami zbytecznych rzeczy - samochód, dowieźć do warsztatu starą maszynę - no przecież, że nie udam się jednym z pojazdów, którym jeżdżą ekolodzy (trawmaj). Ile razy przy tej okazji pomyliłam skręt, tyle razy uczyłam się jazdy według znaków. Żyję? Żyję. I przestałam obawiać się "miasta".

 

I tak rok i 3 miesiące od zdobycia prawa jazdy po raz pierwszy przemierzyłam ścisłe centrum miasta. Przekonałam się, że nie jest to straszne, jeśli nie liczyć kontrpasów rowerowych wciśniętych na siłę po prawej stronie jezdni albo i pośrodku (w ten sposób nikt nie jest bezpieczny, a każdy będzie winny). Zastanawiałam się, kiedy zaczną się iście amerykańskie szopki w sądach, gdy poszkodowani zaczną pozywać tych, którzy wydali zgodę na umieszczanie pasów.

 

Drugi problem to parkowanie. Że nikt mnie ostatnio nie odholował z Pobożnego, to tylko dlatego, że taszczyłam do auta koszmarnie ciężką maszynę, wołając głośno: "Niech sobie ekolog Dutkiewicz jeździ tramwajami z takim ładunkiem". Zza płotu odezwał się nie Dutkiewicz, ale młody inżynier budowy. Wskazał na zakaz (o??? Ach tak...) i uprzejmie poprosił o ostrożność: wczoraj odholowano stąd pięć samochodów. "Co za szczęście" - pomyślałam - "trzy dni temu też tu stanęłam, by wytaszczyć aż dwie maszyny". A słupek z zakazem, którego nie zobaczyłam, stał tak samo jak dziś.

 

W poniedziałek jeszcze raz odważnie przejechałam centrum (pl. Jana Pawła II), a następnie podniosłam sobie poprzeczkę. Otóż zapragnęłam odwiedzić znajomych.

 

W efekcie, przemierzyłam coś koło 60 km obwodnicą wschodnią. Wracając, miałam na ogonie TIR-a. Pojawił się mi za plecami jeszcze w wiosce i niestety wiernie towarzyszył aż do Wrocławia. Kiedy w Kamieńcu przed nosem zobaczyłam rowerzystów i zwolniłam, tuman zaczął agresywnie trąbić. No nie, na ciągłej niczego na mnie nie wymusił, musiał trochę poczekać. Potem wolałam nie patrzeć we wsteczne, jak TIR w wiosce wyprzedza rowerzystów. A może sami uciekli?

 

Jazda obwodnicą była wprawką do autostrady. Droga pusta prawie, prędkość dopuszczalna raz 70, raz 50, straszny cyrk, ale przekraczać nie należy, tym bardziej że przejścia dla pieszych. Ni to droga, ni to ekspresówka. Czasem jechałam 90 km/h, ciekawe doświadczenie, ale na tak monotonnej trasie łatwo się zdekoncentrować. Teraz wypada poczekać, aż wybudują odcinek od Iwin do Bielan, gdyż mieszkańcy Wysokiej, którzy przez parę lat skutecznie blokowali inwestycję, gdy porządnie odczuli korki, sami wreszcie poprosili o dobudowanie odcinka.

 

Emocje opadły. Gdy patrzę na swoje wyczyny, to widzę ciekawy proces. Najpierw była wzorowa jazda "jak na egzaminie". Potem wielka pokusa jeżdżenia "jak inni", a właściwie poddawanie się presji trąbiących kierowców, i schodzenie na psy. Następnie genialny wniosek: "Oj, jednak o n miał rację", nabieranie asertywności i powrót do przepisowej jazdy (gorzej z samym parkowaniem...) Dzisiaj moja asertywność wzrosła i teraz nie zamierzam do nikogo się dostosowywać. - Co mam robić, jak mam TIR-a na ogonie, a tu ograniczenie do 50? - Mieć TIR-a w d...pie - odpowiedziała trzeźwo koleżanka - instruktor.

 

Kategorie wpisu: Wrocław, prawo jazdy
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW