Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Miejsca zaduszne

2013-11-03 10:59:42, komentarzy: 0

- Szkoda, że jeszcze samochodem nie wjadą - burczał jakiś pan, który przestępował z nogi na nogę, bo nie mógł wyminąć w cmentarnej alei trojga rowerzystów. Iza uznała, że dzień Wszystkich Świętych jest jednak dniem wszystkich złodziei, i dlatego rowery wlekliśmy ze sobą przez cały Grabiszyn, zamiast przypiąć je przy bramie.

 

Gwarne tego dnia miasto zmarłych odwiedziliśmy późnym popołudniem. Od łuny świateł pod kaplicą, gdzie tradycyjnie stawia się znicze dla Tych, którzy grobów nie mają (a kiedyś stawiało się tam lampki ofiarom Katynia), czerwieniły się i złociły twarze przechodniów. Między licznymi rodakami kręcili się obcokrajowcy, wielce zaintrygowani naszymi obyczajami. Odwiedziliśmy groby rodzinne, Izowe i moje (na grobie dziadka był napis Semper Fidelis, ale ktoś ukradł prawie wszystko i został LIS), a potem odbyło się polowanie na ciekawe znicze. Co jakiś czas Iza lub Adam - w zależności, kto komu zabrał aparat - klęli, czekając, aż współmałżonek sfotografuje upatrzony lampion. Dobrze, jeśli artysta dał potem radę wrócić do punktu zbiórki, nie błądząc. Adama rozpoznawało się na ciemnej ścieżce po migającym z oddali świetle latarki, Iza wsiąkała w ciemność bez żadnego znaku rozpoznawczego. Potem przepadła latarka, która - po jakiejś aferze - znalazła się wreszcie w rączce śpiącej Zuzi.

 

Kiedyśmy wracali do środkowego wyjścia z cmentarza, Adam doszedł do wniosku, że czerwone migające lampiony przypominają mu lampki rowerowe. Śmiać się głośno nie wypadało, więc chichotaliśmy w kułak, na myśl, co by było, gdyby tak w wieczór zaduszny przyczepić znicz do kierownicy roweru i wyruszyć na spotkanie policji. - Gdzie lampka? - zapyta funkcjonariusz. - Przepraszam, muszę wymienić wkład - powie Iza i sięgnie do plecaka po stearynowy wsad i zapałki. Ostatecznie, jak zauważył Adam, kiedyś latarnie były tylko "na knoty".

 

Z cmentarza komunalnego poszliśmy na cmentarz żołnierzy włoskich, tj. jeńców wojennych I Wojny. Spotkaliśmy tam kilku zamyślonych Włochów z papieroskiem w zębach. W alei Monumentum Memoriae Communis, to jest symbolicznym miejscu pamięci o tych wrocławianach i breslauianach, których groby nie istnieją, też paliły się znicze, a spacerowicze z zapartym tchem odczytywali z granitowej płyty nazwy nieistniejących cmentarzy dawnego Wrocławia. Wiele z nich zlikwidowali jeszcze przedwojenni gospodarze miasta. Adam złapał wenę i rozpoczął gawędę o swoich dziecinnych latach (nastąpiły one jakie 15 lat wcześniej niż nasze), wyprawach na dzikie działki, przez rozwalone bramy cmentarne i... pod konarem drzewa, na którym jakiś dowcipniś powiesił pewnego dnia niekompletny szkielet.

 

Rozstaliśmy się dość szybko, bo zrobiło się zimno. Zuzia spała słodko pod ciepłym kocykiem, ale starsza generacja przypomniała sobie, że w domu czeka smaczna pieczeń. Ruchliwe ulice - Grabiszyńska i Solskiego - były tego dnia deptakiem, a po parku - mimo późnej pory - jak gdyby nic - wędrowały roześmiane grupki. Ot, jak wygląda świat, gdy ludzie zaczynają żyć, zamiast wlepiać oczy w Facebooka. Idą sprężystym krokieem, ale nie spieszą się do domu. Oglądają się, zaczepiają wzajemnie, interesuje ich drzewo, kamień... Nagle okazuje się, że po świecie chodzą tłumy ciekawych postaci. Zaczynają żyć - ciekawe - w  dniu Wszystkich Świętych, w Zaduszki.

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW