Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Męczennicy Doliny Jezierzycy

2014-07-21 14:17:40, komentarzy: 0

Było około 40 C w słońcu, ale naobiecywałam Izie i stawu, i lasu chłodnego z zielonym cieniem, i jakichś kościółków w lipowym otoczeniu, że dokonaliśmy niemożliwego i spotkaliśmy się w pociągu do Wołowa o godzinie 13. Adam zaraz jął opowiadać mi o inwestycjach kolejowych we Wrocławiu i, pogrążony w rozmyślaniach, dostał w szczękę automatycznymi drzwiami, które akurat się zamykały. 

 

Pociąg był wyładowany rowerzystami, którzy wysiadali razem z nami. Rowery, jak kupa złomu, zajmowały pół wagonu, a przy nich stało coś, co uznałam za kotwicę, ale było zapasowym przyczepem do wagonu.

 

Na stacji w Wołowie, opatrzonej napisem Wołó (z franc. voulu: "vuluuu"), mogłabym była zostać. Było tu chłodno i pustawo. Adam z Zuzią udawali gwizdki lokomotyw i echo niosło się przez perony. Potem uparł się zwiedzać miasto w tym skwarzew. Podczepiliśmy więc przyczepkę Zuzi do roweru i - odprowadzeni zdumionym spojrzeniem dwóch wysuszonych i opalonych pijaczków - pojechaliśmy do centrum. Zatkało nas na widok wysokości krawężników: one faktycznie zaprojektowane jak dla... wołu.

 

W mieście było pustawo. Zrobiliśmy zakupy, obejrzeli witryny sklepowe "kasety wideo" (iedy to było? ho, ho...) i zahaczyli o cmentarz grekoatolicki. Adam skręcił w ukośną uliczkę i zobaczył banner na murze więzienia: "Domy na sprzedaż".

 

Wyjechaliśmy z miasteczka w kierunku południowym, do lasu. Niestety, tutaj zaczęła się męka błądzenia w poszukoiwaniu wody. Miałam ze sobą mapę "Bliskie okolice Wrocławia. Część północna" ("Dolinę Odry" odbieram dopiero jutro), co w nieznanym nam lesie kompletnie nie zdało egzaminu. W lewo, w prawo, w lewo... Szlak, bez szlaku. Za każdym razem oczywiście jechaliśmy tak, jak trzeba. A w sumie zmarnowaliśmy chyba 1,5 godziny, a gdy koła wryły się w piach, stwierdziliśmy, że wracamy do żółtego szlaku. Zastanowiło mnie tylko, dlaczego skoro w pobliżu są stawy, nie widać licznych samochodów i nie słychać wyjących magnetofonów?

 

Jak poczułam tę wodę przez krzaki, to zrozumiałam.

 

Po krótkim przystanku na grobli, gdzie to Adam utopił 2 butelki z cennym piciem, pojechaliśmy szosą do Dębna. Już teraz było jasne, że w grę wchodzi tylko szosa. Przy drodze tej stała inyteresująca wieża strażacka, z której wnętrza dochodziło (służbowe) mamrotanie. Adam, który całą drogę nadaje do swego dyktafonu, też koniecznie chciał wejść, ale mimo łomotania i wrzasków, nikt mu nie otworzył.

 

W Dębnie byliśmy już zlani potem i pogryzieni przez jakieś moskity. Moja lewa stopa ociekała krwią... - Musimy się dotarchać - szeptała słabo Iza. "Dotarchać", czyli dojechać do wioski Tarchalice. W Tarchalicach zgubiliśmy Adama, który skręcił w prawo, i potem oczywiście była granda na trzy rowery i dwa telefony. Mijając grób nieznanego żołnierza 10 dyw. piechoty II Armii WP, wróciłyśmy  do punktu wyjścia. Spotkaliśmy się nad kanałem dawnym odrzańskim. Zacęchano mnie, żebym obejrzała nieopodal skansen dawnych dymarek, ale już i bez tego czułam się, jakbym cały dzień siedziała przy dymarce, i wolałam zostać na brzegu i zjeśc kolacyę.

 

A żeby jeszcze tego było mało, pomieszałam godziny odjazdu pociągów. To, co miało odjeżdżać o 19.40 z Orzeszkowa, odchodziło z Wołowa, a w Orzeszkowie nie zatrzymywało się wcale.

 

Trzeba było dojechać do Ścinawy. Nasza mapa nie obejmowała już Ścinawy, więc jechaliśmy szosą według drogowskazów. Ciekawiło mnie, dlaczego do Ścinawy wg oficjalnej tablicy było 5 km, a wg drogowskazu do jakiejś elegantszej knajpy - 2,5 km. To chyba moc reklamy...

 

Mostem triumfalnym na Odrze wjechaliśmy do miasta. To ten most znany z czasów Wielkiej Powodzi 1997 roku. Równolegle do niego idzie most kolejowy,  na zielono odmalowany. Za mostem spotkaliśmy dzielną starszą panią na rowerze i jej wnuka, i oni poprowadzili nas do stacji PKP. Matko słodka...  Ta droga przypominała ślimaka. W końcu wpakowaliśmy się na ogródki działkowe, skąd jednak wyprowadził nas sympatyczny działkowicz. Na stację wpadliśmy minutę przed odjazdem pociągu. Uratowała nas przeprawa przez tory tuż przed zderzakami dwóch lokomotyw towarowych. Przejście podziemne w Ścinawie dla podróżnych z rowerami się nie nadaje.

 

Stopy moje były koloru popiołu. W wagonie w ruch poszły chusteczki nawilżające. Iza siedziała z małą na urnie wyborczej (wielkie drewniane skrzynie niewiadomego zastosowania, spotykane w przedziałach towarowych ETZ) i mówiła, że marzy o wanie chłodnej wody.  Zastanawiałam się, czy wyprawa w Dolinę Jezierzycy nie byłą niewypałem? Iza zwykle szarpie się z Adamem o aparat fotograficzny, a dzisiaj od Wołowa nie robiła już zdjęć. Hm, to musiało być kiepsko.

 

 

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW