Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Mamgyver i Tatgyver znowu w akcji

2013-05-20 15:16:11, komentarzy: 1

Mieliśmy wyjechać około godziny 12. Oczywiście, o 13.30 mogłam jeszcze spokojnie wyjść na mszę. O 14.00, kiedy nasza grupa już "na pewno" miała zebracćsię w komplecie, dostałam wiadomość, że Izie zgubił się... kabelek od aparatu (więc trzeba go poszukać, by przerzucić zdjęcia na kompa i w ten sposób zwolnić miejsce na karcie). Zatem jak jechałam, tak zsiadłam z roweru na stacji Wrocław Zachodni. Tam też następnie tkwiłam do godziny 16.00, bo Adam naprawiał koło swojego roweru. Źle mi, przyznam, nie było: pachniały zioła, pachniała smoła (między torami) i widok pociągów przypominał o nadciągających wyrypach letnich. O 16.00, w momencie, gdy na peron z łomotem wtaczał się osobowy z Krakowa, zadzwoniła Iza, mówiąc: wyjeżdżamy.

 

Ponieważ mieliśmy za sobą tradycyjny 2-godzinny poślizg, mogę powiedzieć, że pierwszy punkt programu został zrealizowany. 

 

Był upał. Powietrze nad asfaltem, gdy patrzyłam z oddali, wydawało się szklistą cieczą i zastanawiałam się, czy to pozostałośc po deszczu. Iza, Adam i ja mozolnie toczyliśmy się po tym asfalcie na swoich rowerach z Muchoboru Małego w stronę Smolca. Tam odwiedziliśmy znane nam dobrze ruiny pałacu i Zuzia, na swoich trzyletnich nóżkach, dzielnie brnęła przez wysokie trawy za tatą. Żaby w zarośniętej fosie kumkały i kumkała Zuzia naśladująca żaby.

 

Wtedy zrealizowaliśmy punkt nr 2. Była nim tradycyjna kłótnia na rozstaju dróg: w którą stronę jechać i czy te dwie drogi naprawdę się ze sobą schodzą. Ostatecznie, przekrzykując Zuzię, która krzyczała w niebogłosy: "chcem huśtawki!", skręciliśmy w lewo, nad staw (po drodze niecodzienny widok: osobowy z Jeleniej pędzący jak rakieta, i to pełny!). Tam wyjedliśmy swoje zapasy. Nad stawem panowała - jak by rzekł Staff - zielona cisza. Tablica przybita do słupa głosiła, że prawo do łowienia ze "środków pływających" mają tylko członkowie Koła nr 7". - To znaczy, że ze środków tonących łowić wolno? - zapytał Adam. Lecz było to pytanie retoryczne, gdyż wokół nie zauważyliśmy nikogo, z kim moglibyśmy byli wymienić przemyślenia. Wyrwało mi się w końcu: "Żadnego pijaka. Naród trzeźwieje, i to mnie martwi". Iza uznała, że te słowa należy zapisać kredą w kominie. 

 

Hen, przez pole wiodła piaszczysta droga do Małkowic. W tumanie kurzu wędrowaliśmy nią, podziwiając ziemniaczany ugór pocięty zębami brony, na kształt pól księżycowych. Za lasem, a raczej ponad linią lasu  wystawała biała kula radaru na wielkim aiprorcie Mikołaja Kopernika i pojawiały się raz po raz  lądujące samoloty.

 

W Małkowicach poczuliśmy się jak w domu. To wioska, w której obozowaliśmy już wiele razy: w południe, o zmierzchu, pod sklepem, na moście, z przebitą dętką... Teraz też przystanęlśmy na moście Baileya (most saperski z czasów II Wojny),  wpatrując się w brunatne odmęty Bystrzycy. Za wioską, przy drodze, przy uroczyście ubranej kapliczce grupka ludzi śpiewała Litanię Loretańską.

 

Skwar powoli odchodził, miast tego przywlokły się komary. Ruszyliśmy w stronę lasów, przez Gałów. Przed nami śmignęła rodzina na rowerach i kiedy mijaliśmy pewne śmietnisko, sądziliśmy, że jeden z rowerzystó spoczął tam "nogami do przodu". Jednak gdy podjechaliśmy bliżej, okazało się, ze to nie on, tylko... Dziad Mróz po sezonie wyrzucony na śmietnik - też w czerwonym ubraniu. W gęstniejącej chmarze komarów pojechaliśmy dalej, przez zielony las, przecinając strumienie, groble i dotarliśmy do rubieży miasta. Tutaj wpakowaliśmy się w pierwsze błoto (co za uczucie!), zobaczyliśmy nasz ulubiony młyn w Jaronołtowie i Karczmę Rzym. Bo to były właśnie te pola i lasy, które przemierzaliśmy 7 lat temu zimą - szlakiem Fryca Wielkiego i bohaterów "Opowieści z Narni". Adam patrzył na pałace, domy i młyn i zadawał sobie pytanie, "kiedy to się wreszcie zawali".

 

Około godziny 20 mieliśmy wpakować się do autobusu miejskiego, ale tak dobrze było nam znowu razem, że razem ruszyliśmy przez miasto, drogami dla rowerów. Poszło nam to gładko, i wracaliśmy o czasie. I mamy jeszcze jeden powód do dumy. "Zuzia ma rodziców Mcgyverów "- oznajmiła Iza. Ostatecznie jednak oboje z Adamem przystali na określenia: Mamgyver i Tatgyver.

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • Sosenka 15:19, 20 maja 2013

    Korekta jezykowa wnet.
    :)

    Odpowiedz
Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW