Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Kiełbasa wyborcza, dwa razy!

2014-05-25 22:04:15, komentarzy: 0

Wycieczka nie była dzisiaj planowana i nie zabrałam ze sobą żadnego prowiantu, bo wyjechałam z domu tylko na wybory. Potem, jak już sunęliśmy przez miasto we czwórkę, ciągle ktoś posilał się suszoną kiełbasą. O tak, to była prawdziwa kiełbasa wyborcza. Jeszcze mi Iza przypomniała, że na wybory 5 lat temu jechaliśmy z łóżkiem polowym, które Adam znalazł po drodze do sztabu.


Pomyślałam, że skoro jadę w pobliżu mieszkania moich przyjaciół, może już zdążyli zwlec się z łóżek, i może  jakiś wypad na tereny wodonośne? Prezydent, jak pamiętam, podpisał niedawno ustawę, która zezwala tworzenie dróg rowerowych na wałach. Widocznie jakiś urzędnik uznał, że to jednak nie koła rowerowe co roku niweczą system obrony przeciwpowodziowej w Polsce.

 

No ale teraz Adam, który dotąd zawsze, gdy nie chciało mu się jechać za miasto, ciągnął "na wały", teraz uparł się krążyć po mieście i dalej gadać do swojego dyktafonu, z tej racji . Iza zostałą pozbawiona konia pociągowego, który ciągnie przyczepkę z Zuzią, i stanęło na tym, ze spotkamy się co najwyżej na mszy o 10.30. Na tę mszę Iza oczywiście nie zdążyła, bo 15 minut przed "Pan z wami" usłyszałam, że miała "rozmówkę z Adamem", więc umawiamy się na mszę o 11, gdzie indziej. I dobrze, bo w pół godziny akurat zdążyłam na wybory (komisja musiała się nudzić, bo np. po "mężu zaufania" został pusty stolik i jakieś fraki powieszone na krzesełku). Po mszy Adam, który w tym czasie posiedział w domu sam,  już był chętny na wspólną wyprawę.


Kupiłam pierwszy kawałek kiełbasy. Od śniadania minęło z 10 km

 

W mieście słońce paliło skórę, gdy tylko człowiek stanął na otwartej przestrzeni, spalinowy zapach wiercił w nosie, a na rogach ulic sprzedawano truskawki. (Gorące spaliny i owoce sprzedawane na ulicy to moje wspomnienie z wczesnego dzieciństwa, ba, chyba jeszcze ze Stanu Wojennego). Kupiliśmy sobie po kiełbasie na drogę i poszliśmy marnować czas na trawniku pod blokiem. Bawiłam się z Zuzią w chowanego, to znaczy ona mi mówiła, gdzie się mam schować, i tam mnie znajdowała. Adam omawiał esencję swoich rozmów z kanalarzami, którzy czyścili tutaj system odwadniający. Minęła godzina, zanim Iza zdążyła przebrać się i zjechać windą z rowerami. Pakując dziecko do przyczeoki, Iza z Adamem zapytali małej. - Zuzia, to jest twoja bryka czy kareta? - Karetka - odpowiedziała słodko Zuzia.

 

Fajnie jechało się prawdziwymi ulicami, nie żadną drogą boczną i ścieżką, tylko na przykład kontrpasem dla rowerów. W dniu powszednim jest to właśnie "samobójstwo", w niedzielę człowiek zaczyna rozumieć, jaka jest różnica między nawierzchnią drogi dla rowerów a drogą dla samochodów. Jest ona duża.

 

Zjadłyśmy drugie pęto kiełbasy

 

Gdy chodzi o dzisiejszy centralny punkt programu, to po półgodzinie pękła opona u Zuzi. Iza zauważyła to, jadąc za wózkiem, i nakazała postój. Ulokowaliśmy się nad fosą, poniżej Wzgórza Partyzantów, tuż przy schodach schodzących do wody. Siedziały tam dotąd dwie panie, ale jak nas zobaczyły, a raczej usłyszały, zaraz sobie poszły. Bezczelne gołębie łaziły i czekały na jedzenie. Adam remontował koło, w tym celu korzystając w opisanego w poprzedniej mojej notce kłębka dętek. W końcu stwierdził, że dobra dętka to musi być ta z przylepioną karteczką, bo kto przykleja kartkę do dętki złej? No ale zanim założył koło, zaczął toczyć je jak hula hop, i o mało nie wpadło mu  do wody. My z Izą patrzyłyśmy na to, każda z pętem kiełbasy w dłoni. - Jak menele - stwierdziłam, bo w tym miejscu kiedyś faktycznie zberali się pijacy. - Bo my się od nich nic nie różnimy - powiedziała spokojnie Iza. 

 

Drugi przystanek zrobiliśmy na Wzgórzu Andersa, gdzie Iza doszła do wniosku, że musi poczytać kryminały Krajewskiego, których akcja toczy się w tych miejscach. Jednak słusznym uznano wniosek, że to pisarz powinien uczyć się od nas. Bo czy Marek Krajewski kiedykolwiek chodził ze swoim rowerem po ciemku tunelem kolejowym, i to używanym? Zapewne nie.

 

I lody

 

Lawirując między turystami - tłumy, przy Panoramie Racławickiej, nad Odrą - wycofaliśmy się w kierunku Ostrowa Tumskiego. Tam jeszcze więcej osób, panie w dźinsach o kształcie majtek zwiedzały dom Pański,  a dzieci spacerujące brukowaną uliczką dumnie prezentowały stroje komunijne. Właśnie. Widać było mnóstwo młodych kobiet w ciąży i dzieci.

 

Kiełbasy już nie było, ale za to kręcono lody, na potęgę

Kupiliśmy sobie po lodzie i rozłożyliśmy się w trawie u stóp kościoła św. Marcina. Z ciekawostek, tu przed wojną zbierała się Polonia wrocławska, tu dziś wisi tablica pamiątkowa dla Polaków spod znaku Rodła i wypisane są ich prawdy (jak dobrze, że ta tablica może legalnie wisieć w zjednoczonej ojczyźnie europejskiej wszystkich kultur).  

 

O 15 nie wytrzymałam już tego stężenia spalin i ostrego słońca. W dodatku na rękach zrobiła mi się straszliwa wysypka, która nie zamierzała zniknąć do wieczora. Namawiana do ciekawej wyprawy na Karłowice, uznałam, że zabytkowe Karłowice w porządku, ale na trasę przez zabytkowy, ciasny i rozgrzany Ołbin ochoty dzisiaj nie mam. 

 

I się zmyłam do domu, na te truskawki sprzedawane na rogu.


 

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW