Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Immunitet pirata

2017-03-11 20:03:21, komentarzy: 0

Brochów to egzamin i parkowanie przy Cedrowej, koszmarny zjazd z Karwińskiej do Mościckiego i seria paskudnych zakrętów. Broniłam się przed wyruszeniem w tę trasę, ale wiedziałam, że muszę poćwiczyć. Gdy skręcałam z Gazowej w prawo, już na poboczu stała srebrna elka Yaris. Jak powtórzona scena z filmu. Znowu ktoś oblał za niezatrzymanie się na STOP.

 

Szybko wróciłam do wniosku, że na spadku muszę ruszać z ręcznego. Nie mam wyczucia, ile trzeba przygazować po puszczeniu nożnego, żeby auto poszło do przodu. Stoczyło mi się, zahamowałam ręcznym, dosyć gwałtownie. Tamci stali blisko, powiem nawet, za blisko. Walnąć ich nie walnęłam, ale chyba dotknęłam. Zaciągnęłam ręczny. Poczułam się bezpiecznie. Ruszyłam ostro. Udało się i coraz bardziej błogosławię mojego egzaminatora. - Gonią mnie czy nie? - obejrzałam się za siebie już za skrzyżowaniem. - Nie gonią, a nawet nie zatrąbili.

 

Na Bardzkiej miły pan wpuścił mnie na lewy pas do skrętu. Podziękowałam mu łapką, ale prawdę mówiąc, lepiej dla niego i dla mnie, żebym oglądała się na dobroczyńcę, tylko patrzyła przed siebie. Przy Morwowej trafił się rowerzysta. Masz tobie! Zamiast jechać ścieżką rowerową, ciągnącą się wzdłuż, on musiał jechać szosą. Wyprzedziłam dziada, chociaż po udanym wyprzedzaniu stwierdziłam, że absolutnie nie powinnam była tego robić. Za blisko przejścia dla pieszych, bo ja znowu nie patrzyłam na znaki. Święty Krzysztofie, potrząśnij mną jak Instruktor i pomóż mi wreszcie nabrać nawyku patrzenia!

 

Gazowa i Mościckiego. Zaroiło się od elek, głównie różnobarwnych Yaris. Jedna, srebrna należała do WORD, bo stała na poboczu w miejscu, gdzie spisuje się karny protokół, jak ktoś nie zastosuje się do STOP na skrzyżowaniu z Karwińską. Po tym akcie egzaminator od razu kieruje na pobocze, przesadza na miejsce pasażera i odczytuje wyrok. Krążyły one oczywiście i między TBS-ami przy Pionierów i Cedrowej, tej tam, gdzie oblałam swój pierwszy egzamin.

 

Zaparkowałam z korektą, poszłam, załatwiłam, co miałam. Stefcia - krawcowa znowu skrzyknęła ludzi na współne szycie dla dzieci zmarłych w czasie ciąży, żeby rodzice mieli w co te ciałka owinąć przed godnym pogrzebem. Ma miłą pracownię na parterze przy Pionierskiej 8.

 

Wyjeżdżając z parkingu, puściłam wszystkie możliwe elki. Mościckiego wracałam z sercem w gardle, żeby czegoś nie pochrzanić z biegami, bo tam dopiero można się stoczyć. Problem w tym, że mam podobno bardzo silną dłoń i ciężko jest mi delikatnie obchodzić się z rzeczami, które wymagają wyczucia. Mam tendencję do łamania, psucia i wyrywania. Instruktor mówił, że zmieniam biegi szybko jak Hołowczyc, a w ogóle za mocno przekładam drążek, i bał się, że zepsuję mu skrzynię. Jak się zaczęły problemy, przyhamowałam, zmarudziłam, zamiast jechać 50, i pół świata mnie wyprzedziło. To jeszcze znieśli, ale kiedy z tą swoją zaradnością wpakowałam się na lewy pas, bo chciałam tym jednym pasem dojechać do skrętu, zaczęły się protesty. Zielony liść na lewym pasie, hamujący z 50 do 40. Znowu nabroiłam.

 

Przed domem dokładnie obejrzałam zderzak. Było tam jakieś zadrapanie, pytanie, czy od tej skody, bo moje dziedziczne auto generalnie nosi na sobie wiele śladów dawnych dziejów i czynów dawnych kierowców. Ja z całą pewnością dołożyłam swoje do stanu skrzyni biegów. A co to dzisiejszego podjazdu, no, to się okaże w ciągu najbliższych tygodni. Drapnęłam ich czy nie? A jeśli drapnęłam, to czy wzięli mnie za pirata, czy kierowcę z immunitetem zielonego liścia?

 

Kategorie wpisu: Wrocław, prawo jazdy
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW