Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Egzamin na B. II Idąc za ciosem

2016-10-14 17:14:35, komentarzy: 0

- Co ja będę panią chwalił w tej sytuacji? - egzaminator był markotny. - Dobrze jest... - powiedział to, co mówią inni. Okoliczności nie były wesołe. Przed chwilą oblałam po raz drugi. Żyję, grunt, i na pewno ma to być nauczka do końca życia. Pod okiem egzaminatora, w sytuacji, hm, kontrolowanej przekonałam się, że sytuacja na drodze potrafi zaskoczyć. Zawsze czuwał "kierownik", czyli instruktor, więc przekonałam się, jak to naprawdę jest, kiedy nie ma go obok. Ciężko jest!


Kiedy ujrzałam tę twarz w wordowych drzwiach, nie wiedziałam kto to i pomyślałam z uznaniem: "Szczęśliwa, która go dostała"  Przystojny... oho! Wbiłam wzrok w podłogę i dalej czekałam na przydział egzaminatora. Objawił mi się tenże. Zapaliła mi się czerwona lampka. W czasach studenckich unikałam młodszych wykładowców, bo szukałam autorytetów, a młodzi często patrzyli na nas z góry. Ten - na oko mój rówieśnik - okazał się miły, w drodze na plac zaczął żartować i rozmawiało się fajnie.


W aucie egzaminator przybrał ton i wyraz twarzy skorpiona. Jak pewien strażnik spod pałacu królewskiego w Kopenhadze! Zimnym głosem wycedził formułkę powitalną i dodał:

- Będzie pani egzaminowana w aucie marki Toyota Yaris. 

- Yyyy?! - wykrztusiłam.

Egzaminator się wystraszył: - Ooo, dobrze, że pani zwróciła uwagę. Renault Clio, i szybko skorygował na kartce, z której czytał. Kartka zaś pochodziła z systemu komputerowego WORD.


Cóż. Jak zdawałam pierwszy raz, dostałam trzy zadania dotyczące techniki, zamiast dwóch (regulamin!!!), w co mój instruktor oczywiście nie mógł uwierzyć, ale to była prawda. Teraz WORD pomylił marki samochodów. Tyle że tych szczegółów nie ma w protokole egzaminacyjnym, to jest tylko na kwitku, który egzaminator przynosi ze sobą na miejsce egzekucji. Miejsce zaś było mi znajome, a wyglądało tak:



Auto, czyli nasze szkolne Renault Clio III w wersji odświętnej (czerwone), podstawił na łuk po mistrzowsku. Pamiętam, starsi egzaminatorzy szarżowali - on przestawił "mojego" renaulta jak piórko. Powiedział swoje i wysiadł, ja zostałam aucie sama i miałam przygotować się do jazdy. On łaził wokół auta, w pewnej chwili zaczął głośno chichotać mi w nos podczas moich - prawidłowych - przygotowań, całej tej ceremonii krzyżowania rąk na kierownicy przy maksymalnie wciśniętym sprzęgle (tak kierownik uczył). Rozpraszało mnie to. Odwróciłam się i zmierzyłam go wzrokiem. Momentalnie się uspokoił. No bo rzeczywiście. Śmieszne. Szkoda, że nie są tacy krytyczni, jak instruktorzy bez "L" na dachu zajeżdżają innym drogę, wjeżdżają na pasy pieszemu za plecami i wymuszają (w trakcie mojej nauki, na znaku STOP dwa razy wymusiła na nas szkoła Auto Świat).


Przed wyjazdem do miasta, zimnym tonem powiedział, że błędów tłumaczyć mi nie będzie, dopiero po powrocie, i w ogóle moja sprawa, ja decyduję, on tylko błędy wytyka, a jak nic nie mówi, to znaczy, że jest dobrze. Wyjechałam z placu i po zaliczeniu błędu na S2 (nikt nie jest w stanie wyczerpać moich wątpliwości co do S2...), dojechałam do słynnej drogi w kierunku Brochowa.




Stanęliśmy na skrzyżowaniu Karwińska/ Mościckiego. Egzaminator zapatrzył się na skrzyżowanie, bo był duży ruch, a ja miałam oczy wokół głowy i zaskoczona stwierdziłam, że mi zgasł silnik. Teraz nie jestem pewna, czy zgasł, czy akurat pracował cicho na najniższych obrotach (taką sytuację pamiętam z kursu). No ale jeśli silnik zgasł, to panika, "bo za to oblewają". Wcisnęłam maksymalnie sprzęgło i zaczęłam go odpalać. I tu już nie pamiętam. Dopiero po fakcie dotarło do mnie, że pozwoliłam autu stoczyć się kilkanaście cm w dół - a tam droga z pierwszeństwem, i to jaka droga. Miejsce to nazywają skrzyżowaniem śmierci. Straszne zagrożenie, ale kiedy to się działo... jakby nam razem rozum odjęło. Podejrzewam, że uśpił nas właśnie ten spokój i brak normalnej komunikacji (o czym dalej).W pewnej chwili coś mnie tknęło, ale szybko się uspokoiłam: "Skoro on się nie odzywa, jest dobrze". Ale nie było.


W końcu odwrócił się i krzyknął: "Hamuj!!!" Znowu mnie sparaliżowało: "Dlaczego on nie hamuje awaryjnie? Przecież on w tej sytuacji powinien?" Usiłowałam zahamować nogą, ale...  albo znowu pomyliłam, albo coś nie grało. To były sekundy: to, co pamiętam: wciskałam, co miałam pod nogami, z wyjątkiem gazu. W końcu rozpaczliwie zajrzałam pod nogi (co egzaminator mi zresztą potem wytknął), bo sądziłam, że pomyliłam pedały, jak to bywało na początku nauki. W końcu on zaciągnął ręczny. Hamowanie awaryjne w wykonaniu egzaminatora - i po balu.


Hic morituri docent vivos... (Teraz przed lewoskrętem stoi znak STOP, a linia zatrzymania jest ciągła)


Mój ewidentny błąd. Nie mogę się tutaj usprawiedliwić. Mogłoby się skończyć może nie powrotem w trumnie, ale na pewno skasowaną maską. Dobrze było przekonać się o tym pod kontrolą.

Opowieści o chamskich egzaminatorach okazały się k retyniadą (przepraszam za wyrażenie). Od wyjazdu z WORD był zimny, surowy i nieprzyjemny. Teraz ten skorpion mało przede mną nie płakał. Mało tego, skoro za S2 dostałam napomnienie, to za to, co zrobiłam teraz (wymuszenie w takim miejscu!), powinien zareagować bardzo ostro, ale... on był dla mnie bardzo łagodny! Dał mi do zrozumienia, że by mnie nie oblał, bo ta sytuacja zaskoczyła nawet jego. Nie będę cytować. On potrafił przyznać się do błędu. Dał mi dobrą radę, żeby w niepewnych sytuacjach na drodze korzystać z hamulca awaryjnego, który znałam z zastosowania tylko na parkingu i przy ruszaniu na górce, tj. ja z niego tam korzystałam. Oczywiste? Jasne. Kiedy już się wydarzy. To jest najgorsze: niby wiem, niby mi mówili, ale co z tego, kiedy rozumiem dopiero, kiedy się wydarzy.


Co mnie natomiast przy okazji wnerwiło, to zdziwienie egzaminatora, że kursant tak bardzo obawia się oblania za zgaśnięcie silnika, że wpada w panikę. - I tak staliśmy na STOP, ja bym nie zwrócił na to zgaśnięcie uwagi - tłumaczył. Oni wszyscy w ogóle bardzo się dziwią, że kursanci czują się sterroryzowani. Cały ten chory system egzaminacyjny, tresowanie kursantów i instruktorów, tak że 1/3 kursu to nie jest nauka jazdy, tylko nauka zdawania. Za błędy w testach nie biorą odpowiedzialności. Za to oblewają, za śmo oblewają, a potem jakaś "ella" pisze (anonimowo, oczywiście) w miesięczniku OSK, że oblewanie za ruszanie, zanim pieszy całkowicie opuści pasy, to jest MIT. Ona to nazywa mitem. Gdyby pani "ella" naprawdę zgłębiła temat, znalazłaby inne ciekawe "mity". Następnie poszłaby po nitce do kłębka i zaczęła walczyć z Ministerstwem, czego ona przecież nie zrobi.


U egzaminatora wkurzyły mnie dwie inne rzeczy - maniera wytykania błędu bez tłumaczenia jaki błąd. Rozumiem: zrobię ten błąd drugi raz, i wtedy on zgodnie z regulaminem mnie obleje, a jak mnie obleje, to mi powie za co. Sprytne. Na szczęście, zanim doszło do tego skrzyżowania - na innym wytknął mi niepotrzebne hamowanie na S2. Był to błąd, i tyle. I dlatego zapamiętałam, że mi łaskawie wytłumaczył dlaczego. Miałam wdrukowane, że zatrzymać się muszę także wtedy, gdy inny uczestnik - rower czy pieszy - zbliży się do krawędzi jezdni, a on na to, że ten uczestnik akurat ma czerwone, więc ja nie patrzę na sygnały. Druga sprawa, przeszkadzało mu, że sobie szeptem powtarzam komendy. Uwaga na to, na owo. (Tak się czuję bezpiecznie, tak robi instruktor, a poza tym, zdarzają się egzaminatorzy, którym jak nie powiesz, że dojeżdżasz do linii STOP, celowo hamują pierwsi, żeby zarzucić tobie brak reakcji). Powiedziałam to i dał mi spokój.


Tarnogajska/ Armii Krajowej, prawoskręt z S2...


Cały protokół z egzaminu spisał życzliwie, czyli sprawiedliwie i miłosiernie zarazem. Wróciliśmy do WORD, z tym że kierował on (zgodnie z zasadą, że jak cię obleją, jesteś roztrzęsiona i możesz zagrażać na drodze, ale tym razem to jednak on był roztrzęsiony). Auto prowadził zgrabnie i lekko jak pudełko od zapałek. Był już miły, ciepły taki i dawał mi dobre rady. W tymże panu jednak coś mi nie grało, nie mogłam go rozgryźć. "Dziwny człowiek" - myślałam. Może on po prostu zrzucił na chwilę maskę skorpiona? Na pewno musiał czuć, że jest współwinny, wywnioskowałam to z jego reakcji. Mój instruktor powiedział mi potem, że on potem latał za nim po WORD, dopytując o mnie, i "kierownik" nie wiedział, o co mu chodzi. Niestety, porównując doświadczenie swojego "kierownika" i miłego pana, coraz się bardziej przekonuję, że to starzy instruktorzy powinni być egzaminatorami, ja natomiast mogę być kierowcą dopiero po tym chrzcie bojowym. Wyciągnęłam wnioski, odżałowałam kolejne 143 zł i idę za ciosem.


Quod scripsi, scripsi. Egzaminator też człowiek.


Kategorie wpisu: Wrocław, prawo jazdy
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW