Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Egzamin na B nie jest be

2016-10-08 17:30:08, komentarzy: 0

Pierwszą próbę oblałam. Nie potrafiłam, to i oblałam. Zepsułam parkowanie równoległe, którego zawsze bałam się najbardziej. Jak oblałam, nagle olśniło mnie, o co chodziło z korektą i co ma na myśli instruktor, gdy mówi: "Za duży kąt. Niech się teraz pani ratuje". Poza tym na moim protokole egzaminacyjnym, gdzie jest chyba ze 40 zadań, widnieją same plusy.

 

Była to moja pierwsza próba i uważam, że nie ma się czego wstydzić. Niech się raczej WORD wstydzi za niegodne wyzyskiwanie kursantów, bo egzamin powinien kosztować połowę tego, albo przynajmniej plac powinien być liczony osobno.


Po pierwsze, obserwowałam towarzystwo w poczekalni. - Czy to są gapie? - pytałam instruktora, który mi z początku towarzyszył. - Nie, to są skazańcy - nawiązał do mojego określenia z egzaminu teoretycznego. W poczekalni siedziało trochę młodzieży. Tam odczytywano nazwiska skazańców. Jedna panna wcale nie przyszła i nie była łaskawa poinformować, a egzaminator czekał. Druga siedziała ze słuchawkami na uszach i nie reagowała na wezwanie, aż egzaminator powiedział: "Może by pani chociaż zdjęła słuchawki?" A potem napisze w necie, jacy egzaminatorzy niemili, szorstcy i nieludzcy.



Wrocławski WORD, czyli jak mawia Instruktor: ŁORD :)


Nasz szkolny renault clio III stał już na parkingu. Instruktor ma umowę z WORD, więc my zdajemy w jego samochodzie (jeszcze by mi Yaris brakowało). Plac, górka, wiadomo. Pojechaliśmy sobie tedy na Brochów. Co muszę powiedzieć, to to, że warto jest mieć nieznośnego instruktora, który powtarza komendy do znudzenia, albowiem wszystko to przypominało się po drodze jak echo. Głośno lub szeptem powtarzałam sobie komendy: noga z gazu, kto tu ma pierwszeństwo? STOP, patrzymy, czy nie ma pieszych i rowerzystów, kałuża, itd. No i tak sobie jechałam.


Jazda - żaden problem. Zimno zrobiło mi się na myśl o parkowaniu, a do tego w okolicznościach, które opiszę. Egzaminator był akurat chory, więc rozłożył swój fotel, jak mógł, i "rozciągł się na leżance". Zasłonił mi tym dwie boczne szyby, jedną swą postacią, a drugą samym zagłówkiem (kto by podejrzewał zagłówek o takie efekty...). Powinnam była zareagować, ale nie, on na pewno wie, co robi, a ja - sobie dam radę. Przecież opanowałam parkowanie i dam radę, byle szybciej. Dałam - przy wyjeździe tyłem, wijąc się w fotelu i wyciągając szyję jak wąż mamba, ale przy równoległym już się to nie udało. Jak tu omijać auto, którego się nie widzi? :D Prawdę mówili w testach: "zasłonięta lub brudna szyba może być przyczyną wypadku". Kiedy już było jasne, że źle skręcam - no bo nie widzę - wpadłam w panikę, w wyniku czego w pośpiech. "Ten pośpiech panią kiedyś na 100% zgubi" - zabrzmiały mi w głowie słowa jak echo. Zgubił.



Na tym to parkingu...

 

Dobry, starszy pan (słynny pan W.: kto go wylosuje, ten wygrał na starcie) otrząsnął się wówczas z oparów gorączki i zaproponował kontynuowanie egzaminu, przepisowo bez zmiany wyniku. - Chcę. Przecież za to zapłaciłam - walnęłam bez namysłu. Zaczął mi tłumaczyć błędy przy parkowaniu, ale zmartwionja porażką, mało z tego rozumiałam, i manewry z jego pomocą już nie wychodziły (wiadomo, zniechęcenie, totalna dekoncentracja). Po godzinie już nikt mi nie musiał nic tłumaczyć. Olśniło mnie niepomiernie i cała nauka, wytrwale kładziona w głowę przez naszego instruktora, nagle złożyła się w jedną całość, miast fruwać w mojej głowie jak kawałki poszarpanego sukna. To ci satysfakcja moralna...


Dalszą trasę, czyli miasto, robiłam tak jak wcześniej, bez żadnego problemu, koncentracja wróciła. Egzaminator czasem coś mówił, zalecił tylko wrzucanie IV koło 50 km/h, podczas gdy ja byłam uczona, by robić to równo przy 50. Hamowanie do wyznaczonej zatoczki skwitował pochwałą ustną, iże użyłam hamowania silnikiem, a potem nogą, bo wielu kursantów myśli, że to awaryjne, i od razu hamują nogą. (Też zawsze tak sądziłam, bo nie mogłam nigdy znaleźć zastosowania dla tego zadania egzaminacyjnego - kto tak robi i po co? Wszyscy znajomi nogą po hamulcu, i cześć). Mówił dalej swoje uwagi. "Do miasta nie mam większych zastrzeżeń. Jeździ pani tak jak jeżdżą kursanci, potem będzie pani jeździć lepiej". "Jeździ pani dobrze do przodu, radzi sobie pani z kierownicą, ale nie czuje pani tyłu auta". Ha! I tu nie utrafił. Ja potraktowałam całe zadanie jak typowy kursant, czyli ślepo według reguły - w lewo, w prawo, prostujemy koła... A tu skoro źle skręciłam za autem, już trzeba było rzucić schematy i zacząć "się ratować", czyli ostro odbić od krawężnika. Egzaminator doradzał mi na koniec naukę jazdy tyłem itd. - Co on p... przy!? - uniósł się instruktor - Pani nie czuje tyłu auta! Łuk tyłem pani robi? To o co mu chodzi?! Dowiedział się też o nieszczęsnym zagłówku. - Cholera! - trząsł się - Co on, spał w w tym fotelu?! Ale wieczorem jak relacjonowałam przez telefon, już się śmiał.


Że też na egzaminie nie wolno pomagać, głupie dwa słowa, pytanie naprowadzające i bym wybrnęła z paniki.


Odświętny, w czerwonych barwach. Nasz szkolny renault


W każdym raziem moja wściekłość wezbrała, gdy egzaminator pokazał mi auto na poboczu, gdzie ktoś właśnie oblał, "bo nie zatrzymał się na znaku STOP". - Przy takim przewinieniu - powiedział - nie ma nawet możliwości dalszej jazdy. Jeśli egzaminator użyje hamulca, to jest koniec. Wysiadka. Wściekła byłam, że ktoś tu oblał za ewidentne zagrożenie dla bezpieczeństwa, a ja za manewr, którego w ogóle nie planuję stosować, bo niektórzy tak mają, że jeżdżąc samodzielnie, unikają wjazdu tyłem, i już. Dalej, temat rzeka. ("P... rzony ecodriving!" - kipi złością nasz pedagog - "odkryli go 2 lata temu, a myśmy uczyli oszczędnej jazdy od zarania dziejów"). Można tak bez końca...

 

Sam egzaminator - wymarzony.  Jest istotą przezacną, wiele jest dobrych opinii o nim (z informacją o ulubionej trasie: Brochów - .... - AK - WORD), a to dobro aż z niego wychodzi mimo, oczywiście, urzędowego milczenia i uwag. Przekonałam się o tym wprzódy, kiedy między jednym a drugim manewrem zgasł mi silnik, dwa razy. Potem w czasie manewru. Nie powiedział złego słowa (no instruktor potem mi powiedział, że poza manewrami się na to nie zwraca uwagi, ale jeśli ktoś chce, to zrobi aferę, prawda?). Potem jak wyjeżdżałam tyłem, swoimi dobrymi oczami powiedział mi: "dziewczyno, no co ty, jedź już, tam nikogo nie ma". Kiedy już wracaliśmy do WORD, ktoś z tej wąskiej bramy do raju właśnie wyjeżdżał. Stwierdziłam butnie: "to on się włącza do ruchu, niech czeka", i podjechałam, a wtedy zacny egzaminator nieznacznie podniósł głos: "Olalala... Tak się nie robi!". - Za to się oblewa? - To jest na granicy oblania - odpowiedział życzliwie. A znaczyło to: "Ja bym pani krzywdy nie zrobił, ale za innych nie ręczę". Ten pan nikomu krzywdy nie zrobi, ale za innych nie ręczę.

:)

 

Kategorie wpisu: Wrocław, prawo jazdy
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW