Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Dwa tygodnie wcześniej. Ojcowie na start

2015-06-08 12:23:16, komentarzy: 2

Adam był bardzo zdziwiony, kiedy dojechał na miejsce, bo nie zastał tam ani uczestników zawodów, ani wytyczonego szlaku, ani - o zgrozo - biura organizatora. Nikt nie czekał na Adama. To było najgorsze! Dobrze, że z dwojga Iza posiada kalendarz, bo po sprawdzeniu tegoż się okazało, że Adam pomylił datę zawodów o tydzień.


W Lasku Osobowickim zapowiadano zawody dla ojców i dzieci, i to na te imprezę skusił się Adam. Załadował do przyczepki Zuzię, na przyczepkę położył Zuzi rowerek i pojechał. Wściekł krążył potem po lesie, no, ale nic już nie dało się zrobić. Ściągnął więc Izę i mnie. Dołączanie do Adama wyglądało tak samo, jak u Kubusia Puchatka szukanie miodu (?): mianowicie, im bliżej byłyśmy celu, tym bardziej Adama nie było.

 

Co rusz wściekła Iza dzwoniła do męża i otrzymywała od niego poufne instrukcje, za którym zakrętem ma szukać takiego a takiego domu, ulicy Rybackiej, a właściwie Pływackiej vel Hokejowej, i dlaczego znowu źle rozumie tak precyzyjne instrukcje. Słońce prażyło mocno, było duszno, a od północnego-zachodu przylazła okazała, czarna chmura i niejednoznacznie zapowiedziała zmianę pogody. W końcu udało nam się uciec w pola irygacyjne (te, które tak śmierdzą przy wjeździe do naszego miasta), i tam, w odmętach preriowej trawy, ponad pagórkami, hen, ujrzałyśmy figurkę przypominającą Adama. Poimachał do nas i pojechał dalej, a Izie tłumaczył przez telefon, że musi właśnie zdobyć jakiś pagórek. Szukałyśmy Adama, żeby potem zdążyć na pociąg, żeby zdążyć na mszę, żeby zdążyć na wybory. Błędne koło, ale u nas nic nowego.

 

Jak już spotkaliśmy się przy rowie melioracyjnym, okazało się, że pagórek miał może z 2 metry wysokości oraz że to marny sukces, bo Zuzia nie ma ochoty na dalszą wycieczkę. Iza z Zuzią padły ofiarą pylenia jakichś roślin. Biedne dziecko nie cieszyło się nawet widokiem IC na wyremontowanej linii i było w stanie wytrzymać tylko wycieczkę do Świniar. Powietrze tego dnia było przejrzyste, miasto leżało w dole, jeżąc się iglicami kościołów i szmatławych kształtów różnych "tower", "office" i "center' (produkcji jednego i tego samego architekta).  Niestety, trzeba było znikać z tego pejzażu, uciekając od roślin oraz od wyżej opisanej ciemnej chmury.

 

Drogą polną, płosząc przy okazji jakąś rozmiłowaną parę, zjechaliśmy w stronę torów kolejowych i do stacji w Świniarach. Przejazd  był gładki jak aksamit, a stacja porządna i przestronna. Pociąg przyjechał po 15 minutach! Nie był to ETZ, a jednak w środku opadła mi szczęka: wagon rowerowy pojemny, z lepszymi hakami (po skosie, czyli więcej rowerów się mieści), czysty, ha, czysty! Najpiękniejsza tej niedzieli jednak była jazda na gapę. Czy z żalu pieniędzy? Nie. Dla frajdy, że się coś robi na opak, mimo wszystko, poza kontrolą w eurokołchozie kontrolującym długość ogórka i obwód pomidora. 

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • Agnieszka Zawiejska 10:03, 9 lipca 2015

    Ten eurokołchoz zafundował Pani czysty wagon z wygodnymi hakami na rowery, za który nie była Pani łaskawa zapłacić.
    Żałosna żenada droga Pani...

    Odpowiedz
  • Sosenka 19:30, 11 lipca 2015

    Opcja1. Kasa. Na stacji ani kasy, ani automatu. Opcja 2: dopraszać się w pociągu u konduktora, żeby sprzedał bilet? Koszt: 12 zł, w tym 5 zł za osobę, a 7 zł za rower (4 stacje w granicach miasta!). Opcja3: bilet MPK. Też odpada, bo musi być 24-godzinny co najmniej i skasowany przedtem w autobusie.
    Kłody, kłody, kłody. A potem się dziwią, że te pociągi jeżdżą puste (tak jak powyższy). Wie Pani, tym razem się wściekłam i powiedziałam dość.
    I drobna uwaga: ani państwo, ani Unia nic nie "fundują", bo wszystko jest opłacane z moich podatków. Pozdrawiam!

    Odpowiedz
Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW