Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Szmata, sekator i mata

2017-05-29 20:32:52, komentarzy: 0

Jako pierwsza z Nieba spadła szmata. Leciała płasko z VII piętra, rzucona dłonią Izy. Szmatę zamówiłam celem umycia przedniej szyby auta - pyłki dokładnie obkleiły ją i nie można było jechać. Piękny był to widok: "Łaaap!" - poniosło się echo przez podwórko, puste w niedzielne południe. Ciemny kształt, rozpłaszczony jak chełbia, ciężko opadał na beton. Następne dary losu bardzo nas zdziwiły. Na leśnej ścieżce leżał zgrabny sekator, a na piaszczystej drodze srebrna mata, idealna dla dzikiego obozowiska. To chyba prezenty za odwagę.

 

Była to moja pierwsza trasa za kierownicą w tereny podgórskie. Przeżywałam decyzję 24 h na dobę i o mało się nie rozchorowałam. Droga ta jest owiana w województwie złą sławą, chyba najgorszą nawet, mianowicie jest to DK8 do Kudowy-Zdroju. Jest ona długa, wysadzana drzewami, im dalej od Wrocławia, tym bardziej wijąca się, a przede wszystkim uczęszczana przez debili - że użyję ulubionego terminu Instruktora. Debile jeżdżą przeważnie autami z rejestracją DDZ i DW, cenią markę BMW. Droga przez Łagiewniki i Niemczę jest tym gorsza, im bliżej weekendu. Tą drogą pół Wrocławia wyjeżdża w góry, a cały Dzierżoniów jedzie do znajomych we Wrocławiu. Następnie wszyscy wracają, zajeżdżając sobie wzajemnie drogę podczas wyprzedzania, okazując gest Kozakiewicza, drąc pysk, czerwony od słońca (lub czego innego), i wygrażając.   

 

Tamże przeszłam wczoraj szkolenie z jazdy poza terenem zabudowanym. Na kursie niby też to było, ale jako jedna jedyna wyprawa do Kobierzyc i zurueck. Teraz miałam na zapleczu 3-osobową rodzinę z małym dzieckiem. Pot mnie zimny oblewał, ale to była decyzja być albo nie być kierowcą. Obok mnie siedział Adam i cierpliwie podpowiadał w trudniejszych momentach. Jechałam naprzemienne 50 i 70. Poza wioskami nie było sensu manipulować przy biegach, skoro i tak co chwilę pojawiał się zakaz przekraczania 70 km/h. Wyprzedzali mnie, oczywiście, ale do czasu. Potem przed sobą miałam czystą jezdnię. W Łagiewnikach obejrzałam się za siebie: za mną sznurek samochodów.

 

Pogoda była wspaniała! Lśniące błękitem niebo, przejrzyste powietrze i Sudety we wszelkich odcieniach niebieskiego. Niewiele z tego widziałam, skoncentrowana na drodze. Tymczasem im bliżej Dzierżoniowa, tym mocniej Adam z Izą kłócili się, gdzie skręcić i co najpierw zobaczyć. Na hamowanie awaryjne ochoty nie miałam. Za skrętem do Dobrocina oddałam stery Adamowi. Wtedy ujrzałam, że fotelik Zuzi trzyma się na słowo honoru. "O nie" - pomyślałam - "Ja za to odpowiedzialności brać nie mogę". Już do końca dnia kierowcą był kto inny, a ja za to oglądałam panoramę Sudetów, przejrzystą jak witraż, i wspominałam nasze wycieczki rowerowe. Kierowcy też się należy.

 

Skoro nie byliśmy uzależnieni od PKS, upatrzyliśmy sobie północno-wschodnią okolicę Dzierżoniowa. Auto zostawało w krzakach, a my szliśmy na obchód. Na początek, Iza wypatrzyła cmentarzyk ewangelicki w lesie opodal Dobrocina. U szczytu wzgórza we wsi - ruina kosciółka. Nad drzwiami portal: "Dein Reich kommt" i Chrystus rozkładający ręce w geście zaprosin. Zaglądnęliśmy - drzwi prowadziły do królestwa lasu.

 

Las pachniał żywicą i był autostradą dla dużych mrówek, co zmusiło nas do energicznego marszu. Wędrując tą piaszczystą ścieżką, znaleźliśmy atrakcyjny sekator, który nam odtąd pomagał torować drogę. Dotarliśmy nią do żwirowni. Iza zachwycała się czystą wodą, ale ja w pewnej chwili poczułam "żwirownię" od strony jej lewego dopływu. Na brzegach kręciło się mnóstwo plażowiczów: od dzieci, przez piękne panie oraz tu obecnych, po pijaków. Przeszliśmy przez jedno takie gniazdo pijaków. Jeden już nie miał siły stać, mamrotał coś gniewnie na leżaku. Inny, półnagi, bełkocząc, przepraszał za załatwianie swoich spraw na poboczu ścieżki. Jak dla nas, najważniejsze było, że za obecność w tak ważnym dla niego momencie nie rzucił się na nas z pięściami.

 

Za żwirownią Niebiosa zesłały nam trzeci dar, a mianowicie srebrną, lekko poszarpaną matę, której nam właśnie brakowało do szczęścia. Drugi ciekawy akcent tej wycieczki, oprócz zdobyczy materialnych, to fakt, że właśnie dzisiejszego dnia Adam dwukrotnie zdecydował się nie wchodzić tam, gdzie go nie proszą. To rzeczywiście coś nowego! W Dobrocinie musiał uważać dlatego, że bajkowego pałacu pilnował zły pan razem ze złym psem, więc obeszliśmy obiekt od strony stawów, nie zbliżając się nawet do murów. Natomiast w Goli Dzierżoniowskiej renesansowego pałacu - hotelu "Uroczysko Siedmiu Stawów" (czy cos takiego) pilnowała ochrona. Pałac nie był zamknięty, ale na dziedzińcu okazało się, że trwa impreza zamknięta. Nad szeregiem nowoczesnych aut powiewały sztandary Mercedesa, a spoza nich wyłoniło się kilku  panów w białych szlafrokach i takich też kapciach. (Wracali ze SPA, rozumiem, ale z niesmakiem stwierdziłam, że eksponowanie szlafroczków na zewnątrz czyni z nich istoty zniewieściałe. Nie lubię mężczyzn w typie SPA). Podczas ich przemarszu Adam trzymał się z dala od obiektów, ale Zuzia zdążyła już rozgościć się na trawniku, gdzie stały leżaki i kieliszki z szampanem. Wtedy ruszyła w naszym kierunku pani z ochrony, dyskretnie siedząca na leżaku. Wtedy oddaliliśmy się w stronę jaru i strumienia, ale tam ruszyły w naszą stronę komary. No to została nam tylko wygodna wiata w centrum wioski, gdzie popasaliśmy kilka miesięcy temu. Ucztowaliśmy, spoglądając, jak uczestnicy pałacowej imprezy zamkniętej dumnie testują auta na kocich łbach wioski. Popatrzyłam na swoje auto: małe, złomiaste, ale z historią, miłe dla oka, dla wesołych podróży w towarzystwie bliskich!

 

Jedzenie jednak humorów nie poprawiło. Zuzia marudziła ze zmęczenia, Iza i Adam brzęczeli jak komar zamknięty w butelce. Doszło do gorszącej wymiany zdań, w wyniku której uznano, że zwiedzimy jeszcze Tatarski Okop w Gilowie i wracamy do Wrocławia. Okop ten znałam z wycieczki plecakowej z Aqq. Wznosi się on nad doliną, w której płynie woda. Gdy staliśmy na występie skalnym, ogrodzonym drewnianą barierką i słuchaliśmy szumu potoku, czułam się, jak gdybym była w Sudetach, w wąwozie Pełcznicy. Woda szumiała, stok przecinały prążki - cienie drzew, długie o tej porze dnia.  Było cicho - tajemniczo, zielono i złociście. "O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa".

 

Zesłane nam tego dnia dary Losu oczywiście rozdzielono. Sekator i matę wzięli Adam z Izą, bo lubią gromadzić rzeczy potrzebne do przetrwania w niezmiennie trudnych warunkach, a szmatę niebawem dostaną ode mnie z powrotem, wypraną. Ja zbierać nie lubię, mnie wystarczyły bezcenne doświadczenia. Do końca dnia chwaliłam Pana Boga, że dowiozłam ich szczęśliwie w te okolice, i swoją decyzję, żeby do Wrocławia dowiózł nas jednak Adam, który pod Niemczą ostro wystartował za znakiem STOP. (Jakie miasto teraz wydaje mi się proste...) Kiedy już nie siedziałam za kierownicą, zauważyłam gęsto rozstawione środki kontroli: patrole policji i fotoradary, zjawiska typowe dla DK8. Adam jechał spokojnie 70-80 km/h. Policjant stał z lizakiem jak semafor przy torach i patrzył w twarz Adama jak sęp polujący na mięso.

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW