Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Cukier, Wińsko i moczy...dlnica

2014-08-21 11:49:51, komentarzy: 1

Izie nie chciało się wysiadać z tego pociągu. Jechaliśmy w służbowym przedziale dla gratów i konduktorów. Przez uchylone drzwi widać było pulpit sterowniczy i biegnący szlak torów,  przecinający równy horyzont jak nóż do papieru. Ale nawet i szlak, i wszystko w tym dniu roboczym jak gdyby zwolniło tempa, a ludzie rozmawiali i uśmiechali się do siebie.


Na stacji Stadion (dobrze, że jest taka stacja, skoro Stadion przynosi straty)  musiałam biegiem przeprowadzić rower od wagonu do wagonu, i tyle było pośpiechu na dzisiaj. W przedziale natknęłam się na ciekawą scenę. Konduktor, który sprzedał nam bilety na pokładzie, usiadł na swojej ławce i zapatrzył się przed siebie z rozmarzonym wyrazem twarzy. Adam stanął naprzeciwko niego, założył ręce, poprzyglądał mu się chytrze i z błyskiem w oku wypalił:


- Przychodzi Jasiu Kowalski do pracy?

- Nie znam - obudził się konduktor - a dlaczego pan pyta?

-  To mój brat. (Aaa... możecie się nie znać, bo pan w PR, a on jeździ w IC).

- Może być. Zresztą, my jesteśmy z Zielonej Góry. A jak brat wygląda? - zainteresował się konduktor.

- Aaaa... Podobny do pana! - odpowiedział wesoło Adam.


Konduktor się wystraszył. Dla rozładowania nastroju wyjaśniłam, że brat Adama jest podobny do Adama, ale nie z wyglądu, tylko dopiero jak zaczyna pyskować. To już konduktor zrozumiał i - rozluźniony - zaczął z nami swobodnie gwarzyć o upadłych PKP. Kiedy wysiadaliśmy na stacji w Orzeszkowie, pomógł nam wysiadać, stał na stopniach wagonu i wołał: "To na ra. Powodzenia. Hej!".  Iza stwierdziła, że nie chce wysiadać, bo czuje się w tym ETZ jak w domu. Ponieważ skład jeszcze chwilę stał, pasażerowie mogli podziwiać, jak zakładam podkolanówki i jak Adam montuje mi błotnik, który odpadł od mojego roweru we Wrocku, jak goniłam do stacji.


Po chwili zostaliśmy sami na stacyjce zagubionej na równinie żółtych piasków i ciemnozielonych połaci lasów. Orzeszkowo to jest wioska, która leży między Wołowem a Ścinawą. Tam skończyliśmy swoją męczeńską wycieczkę w lipcu. Dzisiaj chcieliśmy zrobić łuk od Orzeszkowa do Wołowa, ale po drugiej stronie linii kolejowej. Normalnie na takich szlakach spotyka się ryczące BMW, motory i rowerzystów. Samochody dostawcze, cokolwiek... A dzisiaj pustki.


Ptaki nie śpiewały i nie kłóciły się, tylko czasem chmara wróbli zrywała się do lotu, i tylko pojedyncze kombajny kończyły swoją pracę. I we wsi pustki. Z ogrodu niosły się tylko pijaczkowe okrzyki o koledze, który "bierze dfaa osimset", na drodze kilku panów wynosiło do samochodu pierze na handel. Na piaszczystych drogach zamiast ryczących quadów, wiatr, który przeganiał sosnowe igły.


Na wzgórzu za Orzeszkowem zaparło nam dech. To nic, że na wschodzie, wciśnięta między średzkie pagórki pokazała się Ślęża, ten kompas, według którego sprawdza się, gdzie jesteśmy i którędy do domu. Ale na południowym zachodzie pola i lasy schodziły do Doliny Odry, za nimi mgliły się niezidentyfikowane pagórki Przedgórza, a nad nimi Karkonosze oraz... Izery! - To ja rozumiem, że oni tutaj mieszkają w górach - szepnęła Iza.


No i co z tego, że miałąm nową mapę "Dolina Odry", skoro i tak pojechaliśmy złą drogą i zamiast w Słupie albo Wińsku, wylądowaliśmy w polu słoneczników. - A czy to źle? Masz jakiś problem? - zapytała wesoło Iza. No nie!!! Usiedliśmy w trawie i zrobiliśmy sobie piknik. Potem już nikomu nie chciało się e szukać szlaku i pojechaliśmy wokół pola, do Konar. Mówią, że kradzione nie tuczy, ale całą drogę jedliśmy coś, co się znalazło w rowie, i mieliśmy tego po uszy. Najpierw kukurydzę, potem jabłka, a na koniec śliwki. Taka beztroska wycieczka przed siebie, jakiej już dawno nie było. Podążaliśmy przez sosnowe pachnące lasy, polnymi drogami, z których roztaczał się widok po sam Wrocław.


W ubogich wioskach, przy walących się domach, stały kapliczki i krzyże, ozdobione plastykowymi różami. Ulicą raz po raz przechodziła starsza gospodyni w stylonowym fartuszku, z rękami założonymi do tyłu, a w pewnej odległości za nią z powagą konwojenta, kroczył piesek. Przystawał,  przyglądał nam się uważnie, po czym maszerował dalej, w odległości kilku metrów od swojej gospodyni. Czasem ktoś siedział przy stoliku na ganku. Czasem kombajn wymiatał nas z drogi, wybrukowanej kocimi łbami. Opustoszałe domy chyliły się ku upadkowi. Owocowe drzewa wyglądały z dzikiego gąszczu. Kamienne obramowanie fundamentów znaczyło dawne  granice wioski. I dalej towarzyszyło nam tylko słońce i szelest spalonych od upału liści.


W Moczydlnicy obejrzeliśmy zarastający poniemiecki cmentarzyk, resztki pałacu i inne ruiny oraz kościółek, który zwiedziliśmy przez dziurkę od klucza. Adam już dawno truł o tej trasie, bo w pierwszej wiosce za Orzeszkowem, w Konarach istniała kiedyś pierwsza w świecie cukrownia buraczana. Świadczy o tym cudna tablica przypominająca informator o dofinansowani unjnym. - Skąd takie nazwy? - rozmyślał głośno Adam. - Aaa... wiem... Tu się wyrabiało cukier, tutaj wińsko, a tam były moczymordy!


Przyroda była spokojna i my, dziwnie, też. Tego dnia nie było kłótni, pośpiechu i głupich żartów. Był spokój. Iza sprawnie dowodziła grupą i z Moczydlnicy doprowadziła nas do Wołowa. "Szczęść Boże. Tu parafia... " - głosiła tablica przy wjeździe do miasta. Na stacji byliśmy pół godziny przed czasem. I ETZ już na nas czekał. Teraz tylko przetoczono go z toru na tor. Cały pociąg relacji Wołów - Wrocław -  był pusty, w środku powitał nas łagodny o różanej cerze konduktor, który też snuł się po składzie, jak gdyby miał zaraz usnąć. Zapytał, skąd jedziemy, i obejrzał mapę. - Ja też, jak tu przyjechaliśmy, wyszedłem sobie na spacer po miasteczku. Nie wiedziałem, że takie ładne i spokojnie...


Słońce grzało i na otwartej przestrzeni ciężko było wytrzymać w długim rękawie.

 Ale to już chyba był wrzesień.

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

  • Daniel 15:39, 3 września 2014

    Tchnie latem już mijającym powoli... Pozdrawiam.

    Odpowiedz
Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW