Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Całkiem górska ta wycieczka przez równinę

2015-04-14 12:33:42, komentarzy: 0

"Jak na nizinę, całkiem górska ta wycieczka" - zauwazyła Iza, gramoląc się na kolejny wiadukt nad autostradą A4. O ile bowiem tereny turystyczne pod miastem zostały stratowane przez kopary i walce, a wygodne ścieżyny przecięte dwupasmową drogą, gdzieniegdzie zaradny inwestor przewidział mosty dla pieszych. I tak jak człowiek męczył się podczas podjazdu, tak wysiłek wynagradzał widok Karkonoszy lekko zabielonych śniegiem, lub Gór Złotych, śmiało wyglądających zza Ślęży.

 

Była to jedna z wycieczek improwizowanych późnym popołudniem, dlatego wybór był właściwie jeden: śmignąć z Kleciny przez Zabrodzie i jechać po prostu przez siebie, tak daleko, jak się da. Do pierwszego lasku, w którym wyśpiewują wiosnę ptaki, do pierwszej rzeczki, w której przeglądają się przylaszczki.

 

Okazało się, że na tej zaludnionej przez ekswrocławian ziemi jest jeszcze miejsce, którego nie znaliśmy. Adam poprowadził nas przez Nową Wieś Wrocławską (to tam, gdzie kiedyś goniła nas wielka czarna chmura i wspomnienia westernów) do Krzyżowic. Cienista aleja drzew pokrytych bluszczem poprowadziła nas w tajemniczą głębinę. Pałacu już nie znaleźliśmy, ale był na polance krzyż, który musiał zastąpić wcześniejszy, i były łany kwiatów. Była też i rzeczka płynąca wąskim korytem, nad którą zwieszały się gałęzie obsypane kropkami ledwie rozwiniętych listków. Na to zgasły wszelkie spory: Adam myszkował po krzakach, Iza robiła fotografie. Byliśmy w środku lasu, na skraju wioski - i nawet można było przez chwilę zgubić szum autostrady. Było tu wszystko, czego szukaliśmy: dziki park, grobla, dróżka wiodąca w środek dżungli.     

 

Wracaliśmy z Krzyżowic skrótami, bo w gęstwinie łączników do autostrady i zjazdów bardzo trudno jest obrać kierunek o tej porze. Już bardziej na czuja zjechaliśmy na pole, kierując się widocznym w dali przepustem. Zdziwiliśmy się nawet, jak miło jest pod tak uczęszczanym mostem, jak zacisznie i wyraźnie cieplej niż na otwartej przestrzeni. Pod mostem mogliśmy byli właściwie zostać i rozłożyć się obozem, ale niestety, zapadał gęsty zmrok.

 

Za mostem droga się rozwidlała i trzeba było szukać zółtego szlaku. Pokłóciliśmy się tutaj o kierunek jazdy. Moja mapa gminy Kąty Wrocławskie, z 2013 roku, twierdziła, że należy w prawo, za las i na Bielany. Adam twierdził uparcie, że ten szlak kończy się w rowie (tradycyjnie).  W końcu, po dłuższym handryczeniu się, dałyśmy mu wiarę. Ruszyliśmy do Bielan Wrocławskich polną, wyboistą drogą, porządną wyrypiastą drogą turystyczną. Takiej nam właśnie trzeba, taka wiedzie ku przygodzie i beztroskiemu ubóstwu. 

 

U końca drogi stanęliśmy przed jakimś  centrum handlowym, czy też spedycyjnym. Napisy głosiły chwałę niemieckich inwestorów i właścicieli: "Markus Hofbauer", "Hans Schmitt", czy coś w tym stylu. Ruszyliśmy tą triumfalną aleją, wyłożoną porządną kostką, mijając stojące nieruchomo tiry i magazyny zamknięte na głucho.  - Cywilizacja kwitnie, tylko ludzi nie ma. I tak będzie za sto lat - wieszczył w zadumie Adam.

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW