Tego nie było w rozkładzie!

Wycieczki śmieszne i dziwne

Blog wycieczek

Bystrzyca - ekspres

2014-07-28 18:50:12, komentarzy: 0

Ekspres Bystrzycki to był podobno taki jeden pociąg, który za czasów niemieckich jeździł na linii 285 przez Świdnicę do Jedliny-Zdroju. Wczoraj myśmy wracali metodą ekspresu Doliną Bystrzycy, na odcinku z Lutyni do Smolca. Jak już się dobrze ściemniło, Iza odetchnęła i powiedziała: "No teraz to są warunku do podróżowania...".

 

Kiedy wsiadłam do szynobusu o 14.45, na stacji Muchobór, powiało chłodem klimatyzacji oraz lodowatych spojrzeń, jakie posyłała konduktorka w stronę Adama. - Musisz wrócić się do Wrocławia Głównego - szepnęła Iza - to nam uwierzą, że jedziemy razem, i wystawią zniżkowy bilet dla trojga. Adam tego nie słyszał. Adam wykłócał się z konduktorką, a potem kierownikiem pociągu, żeby sprzedali zniżkowy o jedną stację wstecz. W końcu obsługa się wkurzyła i nie dość, że wystawiła pełen bilet, dla mnie osobno, to jeszcze z dopłatą za wypisanie w pociągu. Adam odgrażał się, że będzie jeździł z PR, zamiast z DK, więc niechże sobie jeździ... no - przepraszam, przytaczam slang mikolejów, czyli miłośników kolei, którzy nazywają wysłużone etezety: "kiblami", gdzie już przy wsiadaniu można postradać część roweru i nieodwracalnie wysmarować i poszarpać porządne ubranie. Ja tam wolę wygodne "pesy".

 

Wysiedliśmy w Miękini. Stacja odmieniona w stosunku do tego, co widzieliśmy przed 3 laty
Jak gdyby zastąpić pegeerowskie ruiny szklanym wieżowcem: teraz wszędzie gładkie chodniki, ekrany dźwiękoszczelne, a za ekranem filia znanego wrocławskiego centrum diagnostycznego (dla ludzi, nie dla składów). Cała wioska porządnie urządzona (Iza zauważyła np., że na jednym domu wiszą dekoracje bożonarodzeniowe, tylko właczyć do wtyczki). Bez problemu zjechaliśmy z peronu w kierunku kościółka (miły, znajomy powiew wilgoci), a potem supermarketu. Nie cierpię marketów, a tym bardziej w niedzielę. Zagryzłam zęby i stwierdziłam, że wolę być głodna, niż zrobić tam zakupy. Iza, Adam i Zuzia siedzieli w sklepie chyba z pół godziny, a ja obserwowałam niedzielnych turystów z pokaźnymi brzuszkami, którzy wywozili w autach i rowerami kosze pełne piwa i napojów wysokocukrowych. 

 

Było gorąco i duszno, o mało nie zasnęłam na stojaku dla rowerów, na którym usiadłam. Adam, gniewnie mamrocząc, sam udał się na zwiedzanie wytwórni win, mieszczącej się wpodle ruin pałacu.

 

W lesie nie było tak źle, jak w Wołowie przeszłej niedzieli, jednak pierwsze bajoro, napotkane pod wiaduktem kolejowym, okazało się klęską. Cofnęliśmy się do szlaku, ale tam ugrzęźliśmy w trawie po pas. Wróciliśmy pod most. Iza rozłożyła przyczepkę Zuzi na części i jak w warunkach powodziowych: Adam przewiózł małą na drugą stronę, ja pojechałam za nimi, a wtedy Adam ułożył most z bali (tj. gałęzi leszczynowych) i po nim przetoczył przyczepkę na naszą stronę. Rowery przetaczały się przez bajorko, pryskając wodą jak rajdówki znane z reklam. Tuż nad głową porykiwały raz po raz pociągi do Legnicy. 

 

Z dębu sypały się zielone, niedojrzałe żołędzie. Gzy, mrówki i komary cięły jak głupie.

 

Obejrzeliśmy grodzisko i to wszystko, nie licząc przystanków dla obejrzenia mapy, które odbywały się na każdym zakręcie. Pierwszy przystanek na jedzenie odbył się za wsią Kadłub, około 18. W lesie pachniało żywicą i wakacjami. Iza wciąż powtarzała, że dzień długi i ze wszystkim zdążę, ale skoro na horyzoncie nie widać było jeszcze celu głównego (bunkry w Wróblowicach!), nie przekonała mnie, a wściekłość we mnie wzbierała. No, lubię wędrówki po ciemku, ale nie sama i nie ruchliwą szosą.

 

Po kilku godzinach rycia oponami piachu, drapania wiechciami przydrożnych pokrzyw (taakie okazy) wydostaliśmy się na płaskowyż po drugiej stronie Miękini. Złote pola - bo już rolnicy zaczęli żniwa i bociany kroczyły za kombajnami - spotykały się z linią sosnowych lasów, a nad tym wszystkim rozpinało się spokojne turkusowe niebo. Z domów i przybudówek w Miękini wydostawali się, po całym dniu upału, ludzie i wędrowali po rozgrzanym asfalcie. Dzieci na rowerach, młodzieńcy na ryczących motorach, a także strażnik zakładu produkcji masy bitumicznej Mostostalu Warszawa, który siedział przy swojej budce i obierał ziemniaki z tak żałosną miną, jak gdyby się smucił, że obiera je tylko dla siebie. Tydzień temu widziałam co innego: przed jednym domem nie było nikogo, a na furtce wisiała tabliczka: WŚCIEKŁY GOSPODARZ.

 

Jakeśmy zjechali w stronę Wróblowic, zaczynało się zmierzchać. - Popatrz, jak blisko - kościół widać! - Iza zapomniała, że takimi samymi widokami karmiliśmy się zimą, a potem szliśmy i szli bez końca. Odstaliśmy trochę przy szosie do Legnicy, bo państwo kierowcy nie zatrzymują się dla pieszych w łykendy. Adam nie zdążył zwiedzić wróblowickich bunkrów i był zły jak wspomniany giez, a potem musiał przedzierać się z przyczepką przez łany trawy i dorodnych pokrzyw.  Zniknął nam z oczu na dłuższy czas i Iza została bez telefonu (jej padł) i bez mapy (Adam wziął). 

 

Z Lutyni gładką szosą pomknęliśmy w stronę Doliny Bystrzycy, czyli alternatywnego traktu względem miejskich ścieżek rowerowych. Gałów, Samotwór, Kębłowice... Jechaliśmy przez mroczne parki i serpentyny, widząc w półcieniu dobrze znane pałace - ruiny i odnowione, kościółki: zawilgocone i pięknie odmalowane. W tempie ekspresowym robiliśmy powtórkę najczęściej przez nas przemierzanej trasy. W dali dudniły pociągi, na niebie, przymierzające się do lądowania, samoloty rzucały ostre błyski. Od Kębłowic do Muchoboru szosą śmigały samochody z rowerami na dachach, szli spacerowicze, cali szczęśliwi, że wreszcie wyszli na świat Boży. My przyciskaliśmy pedały co sił, chociaż już tylko z rozsądku. Zapadła noc po ciężkim, wilgotnym lipcowym dniu, w rowach pachniały kwiaty jak w wiejskim kościółku i dopiero teraz naprawdę chciało się wyruszyć przed siebie.

 

 

 

 

 

Kategorie wpisu: wycieczki śmieszne, Wrocław
« powrót

Dodaj nowy komentarz

Tworzenie stron internetowych - Kreator stron WW